30. Żegnaj, Europo

 



- Coś się stało.. Czuje, że coś jest nie tak.
- Uspokój się, Kristin.. To tylko nerwy.. My też się martwimy..
- Nie.. To cos innego.. Jak wtedy, w sklepie.. Wyczuwam, kiedy coś jest nie tak.. Ciężko mi to wytłumaczyć.. Może powinniśmy tam pójść?
- Dopiero moglibyśmy mu narobić kłopotów.. No chodź, usiądź.. Wiesz, jaki jest Kraiten. Da sobie radę..
- Tak.. Chyba tak.. - Kristin sięgnęła po kubek z kawą. Wtedy drzwi ich pokoju otworzyły się z hukiem i do salonu wpadło kilku mężczyzn. Wysocy, postawni, w skórzanych kurtkach, z kominiarkami na twarzach i bronią automatyczną w dłoniach - z pewnością nie byli to hotelowi boye..
- Na ziemię, Max! - krzyknął Darrce, ściągając przyjaciela z kanapy na dywan. Kristin cisnęła dzbankiem z kawą w nadbiegających; ktoś krzyknął, gdy czajnik uderzył w jego głowę i wrzątek wylał mu się na twarz.
  Odezwały się karabinki, tnąc pociskami ścianę, okna, stolik i kanapę. W Darrcem obudził się wysłany dawno temu na spoczynek komandos, zrozumieli się z Kristin bez słów - chwycili postrzępioną już trochę przez kule kanapę i schowani za nią rzucili się na napastników. Powitał ich grad pocisków, jednak już chwilę później nastąpiło zderzenie i zamaskowani mężczyźni nagle stracili swoją początkową przewagę - wywiązała się walka kontaktowa, a w tej dziedzinie, jak się wkrótce okazało, nie mogli się nawet próbować równać z Kristin.
  Mężczyzna wrzasnął, gdy złamano mu rękę, jego kompan jęknął tylko, gdy Kristin zmiażdżyła mu mostek, łamiąc przy okazji żebro. Darrce rzucił najbliższym napastnikiem o ścianę, kolejnemu wykręcił rękę i założył dźwignię. Kristin uniosła zdobyty karabinek.. Trzem mężczyzną przed nią, nagle, w ciągu jednej chwili eksplodowały głowy, i zdekapitowane ciała upadły na zakrwawiony dywan. Darrce spojrzał zdumiony na Kristin, ona jednak pokręciła przecząco głową.
- To nie ja - stwierdziła, kucając i celując w stronę drzwi.. do których właśnie podbiegli mężczyźni w stalowoszarych płaszczach.
- Proszę się nie obawiać, służymy w jednostce pułkownika Krissbego - poinformował jeden z nich, podczas gdy jego dwaj koledzy weszli do pokoju i sprawnie skrępowali obezwładnionych przeciwników.
- Pułkownik za chwilę tu będzie.
  Kristin obserwowała ich uważnie, ani myśląc odłożyć trzymany w dłoniach karabinek. Darrce spojrzał w stronę drugiej kanapy.
- Maks, żyjesz?
- Jeszcze tak.. Uff, co to było? - Maks wstał, strzepując z siebie fragmenty kanapy i stolika.
- Zamach na pańskie życie, panie Kremer. Ale to chyba jest oczywiste? - postawny mężczyzna wkroczył do pokoju, za nim zaś weszło jeszcze dwóch ubranych w płaszcze komandosów. - Pułkownik Conan Krissbe, dzień dobry.. Może pani odłożyć ten karabin, niebezpieczeństwo zostało zażegnane - zwrócił się do Kristin.
- Jakoś lepiej się czuję, mając go w dłoni.. Co pan tutaj robi, pułkowniku?
- Pani towarzysz prosił mnie, bym miał oko na waszą trójkę. A teraz, przepraszam na moment.. - pułkownik zdjął kominiarkę jednemu z pojmanych. - Ludzie.. To dobrze. Słuchaj, chłopcze.. - Krissbe wyjął pistolet i przeładował go. - Jakie były twoje rozkazy?
- Ja.. Nic nie powiem.
- Na pewno? To twoje ostatni słowo?
  Bandyta skinął głową, potwierdzając.
- Jak chcesz.. - Krissbe przyłożył mu pistolet do kolana i pociągnął za spust. Rozległ się huk, a następnie bolesne wycie postrzelonego. - Zamknijcie drzwi - polecił Krissbe i natychmiast jeden z jego ludzi wypełnił polecenie. Pułkownik przyłożył lufę pistoletu do drugiego kolana mężczyzny.
- Kolano.. Później łokieć. Później twoje jaja. A potem zastrzelę cię i porozmawiam z twoim kolegą. Odpowiada ci to?
- ..Ale.. nie możesz..! Znam swoje prawa! Żądam adwokata!
- Chyba kpisz - Krissbe ponownie pociągnął za spust. Tym razem jęki zranionego trwały nieco dłużej.. - Nie jesteśmy policją, głupku. Powiesz mi, co chcę wiedzieć - oddam cię w ręce krawężników. Nie powiesz - zastrzelę cię i oddam w ręce krematorium. Dociera?
- Ja.. ja powiem.. proszę..
- O, zaczynasz rozumieć.. Więc? Jakie miałeś rozkazy?
- Zabić tych dwóch facetów.. i przyprowadzić Panu B. dziewczynę.. Nienaruszoną..
- Tak? I co dalej?
- Nie wiem.. To wszystko, ja..
- Hmm.. - Krissbe przystawił lufę pistoletu do genitaliów mężczyzny.
- Naprawdę! Nic więcej nie wiem! Pan B. złapał tych dwóch kolesi, tego Amerykanina i gliniarza.. Zabrał ich do piwnicy, a nam kazał przyprowadzić panienkę..! Przysięgam, że nic więcej nie wiem!
- Wiedziałam, że coś jest nie tak! Kurwa! - zaklęła wściekle Kristin. - Jedziemy tam.
- Gdzie oni są? - zapytał Krissbe.
- W starej masarni.. Niedaleko Mostu Berlińskiego.. - jęknął przesłuchiwany.
- Kraiten zostawił mi adres.. - wtrąciła Kristin. - Miałam przekazać go panu, gdyby nie odezwał się do południa - mówiąc to, podała pułkownikowi kartkę z zapisanym adresem. Krissbe przekazał ją jednemu ze swoich ludzi. Ten spojrzał na nią.. po czym stwierdził:
- Zgadza się, to dawne centrum mięsne, jest tam masarnia.
- Zawiadomcie policje, niech odbiorą sobie tych palantów.. Dobra, zbiórka! Jedziemy zapolować na prosiaczki w masarni..
- Jadę z wami - wtrąciła się ponownie Kristin.
- My też jedziemy - dodał Darrce.
- Dobrze. Ale słuchacie moich poleceń, albo każę was tutaj przypilnować do czasu przybycia policji.
- Zgoda - skinął głową Darrce.
- Zatem w drogę.

 

 


- Jakie rozkazy, pułkowniku?
- Chwilę.. Zastanawiam się. Przez okna nie ma co się pchać.. No dobrze, podzielimy się na dwie grupy, jedna wejdzie od strony magazynu, druga od frontu i..
  W tym momencie spokojny dotąd niczym grobowiec budynek ożył. W jego wnętrzu obudziły się nagle czujniki alarmowe i zaczęły piszczeć, wyć i migać, jeden przez drugiego, i z każdą chwilą włączało się ich coraz to więcej i więcej..
- O, cholera.. - skomentował Krissbe.
- Kraiten się uwolnił - uśmiechnęła się Kristin. - Ten totalny chaos to w jego stylu.
- W takim razie zmiana planu. Wchodzimy razem, od frontu i oczyszczamy budynek z wszelkich stawiających opór. Ruszać się! I, dopóki nie zmienię rozkazu, nie strzelajcie do detektywa Milesa. Panie Darrce, proponuje by został pan tutaj ze swoimi towarzyszami.
- Nie ma mowy, idę z wami i.. - Kristin zamarła w pół kroku, gdy jeden z komandosów wycelował w nią karabin.
- Nie. Zaczekacie w furgonetce, będziecie tam bezpieczni i będziecie obserwowali cała akcję na monitorach. Igor, pilnuj państwa - Krissbe założył hełm i przeładował karabin. Kristin zrezygnowana ruszyła w stronę furgonetki.
- Idziemy! - ryknął pułkownik. I ruszyli.

 

 


- Uwaga!
- Widzę!
  W chwilach takich jak ta, świat składał się wyłącznie z błysków eksplozji, huku wystrzałów, z towarzyszy i wrogów, z osłon, pułapek, wykrzykiwanych zachrypniętym głosem rozkazów i przedzierania się do przodu, jak gdyby nie czekali tam następni przeciwnicy, jak gdyby po dojściu do następnego pokoju można było położyć się i odpocząć, odebrać nagrodę, gratulacje, pochwały..
  Krissbe wymierzył w głowę tarzającego się po podłodze ghoula, któremu pociski rozerwały obie nogi, i nacisnął na spust, z satysfakcją patrząc, jak mózg tamtego rozpryskuje się dookoła, ochlapując nawet pobliską ścianę.
  Napotkali na dużo silniejszy opór, niż się spodziewał. Zabili już co najmniej ośmiu najemnych zbirów i z sześciu ghouli, a wciąż strzelano do nich zza kolejnych drzwi. Alarmy wyły jak oszalałe, siwy dym pogarszał widoczność, a jednak szli naprzód jak burza, dosłownie przebijając się przez kolejne "barykady".
  Krissbe uwielbiał podziwiać swoich żołnierzy w akcji. On nauczył ich techniki.. specjaliści natomiast zmodyfikowali ich ciała, zwiększając ich wrodzoną sprawność i siłę.. Byli naprawdę niesamowici.
  Nagle jakiś cień oderwał się od sufitu, przemknął po ścianie i wpadł prosto na pułkownika, podrywając go w powietrze i unosząc ze sobą. Drzwi na ich drodze rozleciały się pod wpływem potężnego uderzenia, wpadli do jakiejś dziwnej hali, z piłami i krajalnicami oraz metalowymi stołami..
  Krissbe został ciśnięty w kąt, starał się zamortyzować upadek, mimo wszystko jednak zderzenie ze ścianą odebrało mu oddech, a pulsujący ból rozbiegł się po jego klatce piersiowej.
- Witam, pułkowniku.. i żegnam zarazem - uśmiechnął się Borderau, wyszczerzając długie kły i podchodząc do Krissbiego. Ghule zatarasowały wejście do pomieszczenia jednym ze stołów, który teraz podpierały własnymi ciałami. Krissbe został odcięty od swoich ludzi.. Spojrzał na eleganckiego wampira.. na jego długie kły.. ostre szpony u rąk..
- Ach.. Wszechmocny Pan B.. W końcu się spotykam, pijawko! - wysyczał wściekle Krissbe, wyszarpując jednocześnie pistolet i naciskając na spust. Był w tym cholernie dobry, niesamowicie szybki..
  Wampir jednak uchylił się z łatwością i kontratakował.
  Tylko wieloletnie doświadczenie uratowało pułkownika. Domyślał się, że wampir uniknie jego strzału, dlatego też, naciskając spust, szarpnął się, padając płasko na ziemię. I kiedy mgnienie oka później szpony wampira uderzyły, trafiły nie w głowę Krissbego, lecz w ścianę tuż nad nią..
  Pułkownik momentalnie nacisnął spust. I znowu, i znowu, raz za razem, jak opętany, strzelał, a wampir odskoczył wyjąc z bólu, strzelał, i kolejne dziury pojawiały się na eleganckim garniturze Borderau, a czarna posoka, niczym krew, którą w pewnym stopniu zastępowała, zaplamiła ubranie wampira..
  Klik, klik, stwierdził pistolet, oznajmiając światu, iż właśnie skończyła się amunicja. Krissbe sięgnął po zapasowy magazynek, wampir jednak skoczył ku niemu i ogłuszył potężnym ciosem w głowę. Pułkownik uderzył o ścianę, jęknął, po czym osunął się po niej, odrętwiały, niczym sparaliżowany nie mogąc się ruszyć..
  Borderau uśmiechnął się i podszedł do niego, wysuwając długie, ostre kły..

 

 


- Kraiten, tu jest pełno czujników.. Nie dasz rady ich omijać, niosąc mnie..
- Marudzisz, Miles.
- Proszę, zostaw mnie.. To moja sprawa.. Niepotrzebnie cię mieszałem..
- Zamknij się w końcu.
- Ile jeszcze będziesz mnie niósł, nim opadniesz z sił?! Kraiten, do cholery, słuchaj, co się do ciebie mówi!
- Nie ma sprawy. Tylko przestań kwilić jak mała dziewczynka.. Hm.. Te alarmy.. Masz racje, nie ominiemy ich. Ale może to i dobrze? Trzymaj się, detektywie.
- Co zamie..?
  Kraiten poprawił uchwyt na niesionym na ramieniu wampirze, po czym pognał środkiem korytarza, momentalnie budząc wszelkie zainstalowane tam czujniki alarmowe.
- Pohałasujemy trochę! Nie ma to jak zgiełk i chaos! - roześmiał się, wciąż biegnąc. Schody w górę, korytarz w prawo, drzwi, pomieszczenie, drzwi, korytarz w lewo, schody, korytarz, drzwi..
  Kraiten wpadł do pokoju razem z wykopanymi z zawiasów drzwiami, krótką serią z karabinu dosłownie zmiótł z drogi nadbiegającego ghoula i jednego z pracujących dla Borderau zbirów, przetoczył się miękko, zostawiając po drodze Milesa, i podciął nogi drugiego mężczyzny, nim jednak ten uderzył o ziemię, Kraiten złapał go w powietrzu i huknął głową upadającego o podłogę, pozbawiając go świadomości.
- Chodź tu.. Pij! - polecił, przyciągając bliżej Milesa. Ten bez zbędnych pytań chwycił głowę mężczyzny i wbił kły w jego tętnicę szyjną.
- Gdzie oni są?! - rozległo się za ścianą.
- Musieli tędy przechodzić!
- Szybko, na piętro!
  Zerwali się do biegu i niemal zderzyli się z Kraitenem, który wyszedł ich powitać. Jego gorejące czerwonym płomieniem oczy były ostatnim widokiem, jakie dane im było ujrzeć za życia.
  Wyjąc radośnie, przekrzykując huk wystrzału, podłużne pociski ze świstem przecięły powietrze i z satysfakcją wbiły się w miękkie ciało, rozrywając napotkaną tkankę i eksplodując w końcu, by dokonać dzieła zniszczenia.
  Szarą, pokrytą kurzem ścianę spryskała świeża, gorąca krew.

 

 


- Musimy znaleźć Borderau! Musi gdzieś tu być!
- Słyszysz tę kanonadę, Miles? Na dole rozpętała się prawdziwa wojna! Ciekawe, co się tam wyrabia..
- Gdzie idziesz? W górę! Po co miałby być na dole, skoro tam trwa wojna?!
- Zaufaj mi, jest na dole. Czuję go teraz bardzo wyraźnie.. I znajdę, gdziekolwiek by się nie schował.
- .. Dobra, prowadź. Ale pamiętaj! On należy do mnie!
- Jak chcesz.
  Świeżo wypita krew postawiła Milesa na nogi, pozwalając mu zagoić rany i w błyskawicznym tempie nabrać sił.. Od kilku minut przedzierali się wraz z Kraitenem przez kolejne pomieszczenia, starając się unikać spotkań z ghoulami, których na szczęście było w okolicy bardzo mało. Najwidoczniej wszyscy udali się na parter, tam, skąd dobiegały teraz odgłosy wystrzałów i sporadycznych eksplozji..
  Kraiten szedł szybko, bez zastanowienia, jakby znał na pamięć rozkład pokoi, ścian i korytarzy. Wchodząc do nowego pomieszczenia od razu wiedział, czy może przez nie po prostu przejść, czy też kogoś w nim zastaną. Szedł do przodu i wszyscy, którzy spróbowali mu zastąpić drogę, kończyli jako zwłoki znaczące trasę jego wędrówki.
- Już blisko - odezwał się nagle Kraiten. Kanonada była teraz doskonale słyszalna, wymiana ognia musiała odbywać się gdzieś niedaleko, słychać było nawet sporadyczne krzyki i przekleństwa..
  Kraiten uchylił drzwi i Miles wbiegł przez nie, momentalnie oceniając sytuacje. Troje ghouli blokowało drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia, podpierając duży, metalowy stół, którym zatarasowali wejście. Pod ścianą leżał, ciężko oddychając, postawny mężczyzna w kamizelce kuloodpornej i z dymiącym pistoletem w dłoni. Przed nim zaś, odwrócony do Milesa plecami, stał..
- Borderau!!! - krzyknął wściekle Miles, w biegu zaciskając palec na spuście, a wystrzelone przez niego pociski niczym wściekłe szerszenie dopadły wampira i wbiły się w jego plecy, błyskawicznie dziurawiąc jego płaszcz i ciskając mężczyzną o ścianę.
  Zamek karabinu zgrzytnął cicho, gdy w magazynku zabrakło naboi, jednak Miles był już koło znienawidzonego "ojca", i warcząc niemalże niczym dzikie zwierze, wyrżnął go silnie kolbą w głowę. I w żebra, i w głowę, i w nogi, i znowu w żebra, bił raz za razem, ogarnięty szaleństwem; kolejne uderzenie zmiażdżyło kości śródręcza, następne rozcięło usta, wybijając kilka zębów. Ghoule rzuciły się na pomoc swojemu panu, jednak nagle na ich drodze pojawił się Kraiten i kilka chwil później, przy dźwiękach łamanych kości i skręcanych karków zrozumiały, że porwały się z przysłowiową motyką na słońce..
  Borderau, wydawać by się mogło, że już pokonany, zaskoczył jednak Milesa, wbijając mu nagle szpony w brzuch i rozdzierając ciało. Detektyw padł na ziemię, brocząc czarną posoką.
- Głupcy! Myślicie, że kim jesteście, co?! - wampir cisnął metalowym stołem w Kraitena, ten jednak zwinnie uskoczył i błyskawicznie uniósł karabin. - Jeśli mnie zabijecie, sami też zginiecie! Wszyscy zginą, ha!
- Bredzisz..! Nic cię już nie uratuje, skurwielu.. - wysyczał Miles, odzyskując siły.
- Cały budynek jest podminowany, mój ty wyrodny synu.. Na wszelki wypadek.. Byście nie mogli się cieszyć zwycięstwem! Umieram - BUM! Umieramy wszyscy! Ha ha ha! - wampir zerwał się do biegu, pocisk wystrzelony przez Kraitena trafił go w udo, drugi w bok, jednak Borderau zdołał wydostać się z pomieszczenia, nim dosięgnął go trzeci pocisk.
Miles zerwał się i pognał za nim, nie zważając na wołającego go Kraitena.
- Kurwa! Powariowali! Krissbe, żyjesz?
- Ledwo.. Cholera.. Myślałem, że już po mnie.. Miałeś racje.. Jest ich dwóch..
  Metalowy stół blokujący drzwi został nagle przewrócony i do pomieszczenia wdarli się komandosi w stalowoszarych płaszczach.
- Pułkowniku! - jeden z nich podbiegł, widząc, w jakim stanie znajduje się ich dowódca. - Oczyściliśmy większość parteru.. Zostały tylko niedobitki, które uciekły na piętro.
- Dobra, wynoście się stąd - rozkazał Kraiten. - Zanim to wszystko wyleci w powietrze. Zostawcie mi tylko jakąś broń z pociskami zapalającymi. Albo rozrywającymi.
  Komandos spojrzał na Krissbego, a gdy ten skinął głową, podał Kraitenowi swoją strzelbę.
- Ma to i to. Spodoba ci się - poinformował. - Osiem strzałów - dodał, podając Kraitenowi pas z amunicją.
- Chodź z nami - powiedział Krissbe, gdy już jego ludzie pomogli mu wstać. - Zostaw te cholerne wampiry, niech się wymordują nawzajem! Mamy twoich towarzyszy w samochodzie, odwieziemy was na lotnisko..
- Tak.. Wiem, że są bezpieczni. Ale nie mogę iść z wami.. Obiecałem pomóc pewnemu policjantowi, i nie chcę złamać danego słowa z powodu takiego drobiazgu, jak jakaś bomba czy hordy szalejących po korytarzach fanatyków.. Do zobaczenia, pułkowniku.
- Powodzenia - odpowiedział Krissbe i chwilę później Kraiten wybiegł z pokoju, niknąc mu z oczu.

 

 


- Dlaczego sobie nie odpuścisz, co, Kent? Chcesz zabić własnego ojca? To nie po chrześcijańsku!
- Żadna z osób, które w swoim życiu zabiłem, nie zasłużyła na śmierć tak, jak ty! I tym razem się upewnię, że zdechłeś!
- No wiesz.. Takie słownictwo..
  Borderau utykając przesuwał się wzdłuż ściany, próbując wyczuć, gdzie znajduje się ścigający go Miles.. Jego rany goiły się powoli, jednak popełnił błąd, uciekając, i skręcił do dużej hali produkcyjnej, w której wprawdzie sporo znajdowało się sprzętu, za którym można było się ukryć, jednakże pomieszczenie to posiadało tylko jedno wejście.. Obaj z Milesem znajdowali się w środku.. i stary wampir po raz pierwszy od długiego czasu poczuł się trochę niepewnie. Nie tak to zaplanował, nie spodziewał się, że ktokolwiek mu zagrozi, a już na pewno nie przypuszczał, że zostanie tak dotkliwie pobity i zmuszony do ucieczki..
- Skąd w tobie tyle nienawiści, synu? Może po prostu usiądziemy i porozmawiamy, jak syn z ojcem, co?
- Sądzisz, że jesteś zabawny?!
  Borderau drgnął, słysząc głos tuż obok. Miles wyskoczył zza olbrzymiej szatkownicy i kopnął starszego wampira w twarz.
- Sądzisz, że zabawne było przemienienie mnie?!
  Drugie kopnięcie rozcięło skórę na jego skroni i rzuciło Borderau na podłogę.
- Dobrze się bawiłeś, mordując moją córkę?! Uważasz, że to był świetny dowcip, gdy zmusiłeś mnie do wypicia krwi mojej własnej żony?! Że oglądanie ciebie gwałcącego ją powinno obudzić we mnie miłość do ciebie?! Co, "ojcze"?!
  Każdemu pytaniu towarzyszyło bolesne kopnięcie, zadawane z całą wynikającą z wściekłości i bólu wspomnień siłą, miażdżące żebra, wybijające zęby, rozrywające skórę..
- Niech cię szlag trafi! Pośle cię do piekła, skurwysynu!
  Nagle zakończona szponami dłoń chwyciła uniesioną do kolejnego kopnięcia nogę Milesa, silne szarpnięcie przewróciło go na ziemię, a gdy próbował wstać, ostre jak brzytwa pazury rozorały jego klatkę piersiową.
  Zakrwawiony, w postrzępionym ubraniu, pobity i upokorzony Borderau wstał, uśmiechając się poprzez wybite zęby i złamany lewy kieł.
- Głupi.. szczylu.. Naprawdę sądziłeś.. że możesz mnie pokonać..?! Jestem od ciebie.. starszy.. silniejszy.. Nigdy nie miałeś ze mną szans..! Nigdy! NIKT nie zdoła mnie pokonać!!!
- Pewnie.
  Huk wystrzału zlał się w jedno z rykiem bólu wampira, kiedy pocisk urwał mu nogę i powalił na ziemię. Kraiten przeładował strzelbę, podchodząc.
- Wyryjemy ci to na nagrobku, krwiopijco.
- Aaaaaaaaaaaaaaa.....!!! - wrzasnął wampir, gdy kolejny strzał urwał mu prawą rękę.
- Kto ci dał prawo wpierdalania się w życie innych?!
- Nie.. Proszę, nie..
- BLAM! - wrzasnęła strzelba, urywając drugą rękę wampira. Ten zawył rozdzierająco. Miles z trudem podniósł się z ziemi i stanął chwiejnie na nogach.
- Miles.. Serce wampirów nie potrafi bić.. Jego czujnik ustawiony jest na fale mózgowe.. Można mu więc odstrzelić ostatnią kończynę i podpalić to cholerstwo.. Uciekniemy, on spłonie, i wtedy może sobie eksplodować ile chce..
- Nie. Idź.. Ja muszę.. mieć pewność. żeby nikt go nie zabrał.. nie wyniósł.. Muszę to zrobić sam. Tylko tak odzyskam spokój.
- Daj mi zatem trzy minuty i.. Kurwa. Ghoule tu biegną, szybko, do drzwi! - Kraiten złapał za jedyną nogę dumnego i eleganckiego niegdyś Charlesa Borderau i zaciągnął go w pobliże drzwi prowadzących na zewnątrz pomieszczenia. Miles pokuśtykał za nim.
- Zaraz tu będą.. Idą ratować to ścierwo, heh.. Zamknij się od środka. Daj mi tyle czasu, ile będziesz mógł.. I gdy zobaczysz, że się przedostają, zabij drania.
- Kraiten.. Dziękuję. Cieszę się, że miałem.. zaszczyt.. cię poznać.
- ..Bywaj, detektywie. Obyś odnalazł swój spokój.
  Miles skinął głową w niemym podziękowaniu i Kraiten wybiegł z hali. Miles zamknął za nim drzwi i zasunął masywną zasuwę. Ścisnął w dłoniach strzelbę, którą zostawił mu Kraiten.. i podszedł do usiłującego się odczołgać.. czy też właściwie odpełznąć.. wampira. Przeładował strzelbę, słysząc pierwsze uderzenia po drugiej stronie drzwi. I pierwsze strzały. Chyba nie będę mógł czekać aż trzech minut.. - pomyślał smutno. Przepraszam, Kraiten. Mam nadzieje, że zdążysz..
- Kent.. Nie rób tego.. To nie musi wcale tak być.. Popełniłem kilka błędów, przyznaję.. Ale chciałem jak najlepiej dla ciebie.. Dałem ci nieśmiertelność.. Marzenie ludzi i bogów.. Razem możemy spełnić nasze zachcianki.. Możemy być kimkolwiek.. gdziekolwiek.. Kent.. Kent.. jestem twoim ojcem..
  Drzwi zaczęły ustępować pod wpływem ciosów. Jeszcze kilka chwil, i zostaną wyrwane z nawiasów.. Teraz.. albo nigdy..
- Odebrałeś mi wszystko to, co kochałem.. i dałeś wieczność, bym za tym tęsknił i wspominał.. Niech cię piekło pochłonie - powiedział, wymierzając strzelbę w głowę przerażonego wampira.
- Nie.. Nie..!
  Ghoule ryknęły wściekle, czując strach swojego pana, rzuciły się na drzwi własnymi ciałami, ustąpiły zawiasy, pękła podtrzymująca drzwi blacha i stwory runęły do środka, w ostatnim, desperackim wysiłku..
  Miles pociągnął za spust.

 

 


  Eksplozja zatrzęsła okolicą.
- Jezu! - krzyknął ktoś, ktoś inny stracił równowagę i upadł.
  Najpierw wybuchło coś w piwnicy, tym głuchym rodzajem grzmotu towarzyszącym nadchodzącej właśnie burzy.. a później ogień pochłonął wszystko, przemknął po ścianach, korytarzach, wpadł do pokoi i wściekle połamał napotkane po drodze przedmioty, skruszył deski i stłukł okna na wszystkich piętrach, zasypując okolicę tysiącami szklanych odłamków i drzazg, a chwilę później eksplodowały kolejne ładunki, pękły ściany, mur zaczął się kruszyć, cegły i kamienne bloki wyrzucone zostały z olbrzymią siłą w powietrze, by po chwili pomknąć w stronę ziemi, wbijając się w chodniki, ulice i sąsiednie budynki.
  Ściany masarni załamały się i budynek zapadł się w sobie, zagrzebując wszystko i wszystkich tonami gruzu..
Dłuższą chwilę jeszcze trwało, nim ludzie pułkownika Krissbego odważyli się wstać z ziemi..
- O, do diabła..! Nie żartował.. Cała masarnia zmieniła się w kupę gruzu..
- Przeszukajcie okolicę! - wydal rozkaz Krissbe. - Zobaczcie, czy ktoś nie przeżył..
  Komandosi dwójkami rozeszli się, by wypełnić polecenie, natomiast Kristin, w towarzystwie Darrcego, Kremera i podpierającego się na prowizorycznej kuli Krissbego, wyszła zza budynku, by na własne oczy ocenić ogrom zniszczeń..
- Nie ma co.. Nikt, kto był w budynku, nie miał szansy przeżyć takiej eksplozji.. Przykro mi - powiedział w końcu pułkownik.
- Myli się pan, pułkowniku.. On żyje - odpowiedziała mu Kristin. - Nie wiem gdzie jest.. ale żyje..
- ..Nie chcę odbierać pani nadziei, ale..
- Kraaaaaiteeeeeeeeeeeen! - krzyknęła Kristin, a echo porwało jej okrzyk i zaniosło go między budynki i gruzy. Stali przez dłuższą chwilę, nasłuchując. - Kraiteeeeeeen! - zawołała Kristin ponownie.
- Przykro mi, ale to nie ma.. - zaczął Krissbe, w tym jednak momencie przerwał mu stłumiony huk wystrzału.
- To gdzieś z tych ruin - stwierdził stojący obok komandos.
- Bravo Dwa, słyszeliście wystrzał? Sprawdźcie teren w pobliżu zachodniego skrzydła budynku.. a raczej tego, co z niego zostało. Hej, a dokąd to..?!
  Kristin wyminęła pułkownika i pobiegła w stronę gruzowiska. Rozglądała się przez moment bezradnie.. W końcu zawołała Kraitena raz jeszcze. I tym razem odpowiedział jej huk wystrzału, całkiem blisko, dobiegający spod kamiennego kopca przykrytego zawaloną ścianą..
  Komandosi, którzy dobiegli na miejsce, także usłyszeli strzał i wkrótce kilkuosobową grupą, w której znaleźli się również Kremer i Darrce, zaczęli odrzucać kamienie i przedzierać się w głąb gruzowiska..
  Jednak dopiero, gdy samochód ściągnął pokryty stertą metalowych części fragment ściany, znaleźli Kraitena.

 

 


- Więc to już koniec pańskiej wizyty tutaj?
- Tak, raczej tak.. Sprawdzimy jeszcze kilka rzeczy, ale najdalej za dwa dni ja i moi ludzie wyjedziemy stąd, komisarzu.
- To dobrze. Trochę narobiliście nam tutaj bałaganu..
- Tak bywa - Krissbe zapalił małą, drewnianą fajkę i zaciągnął się z wyraźną przyjemnością. Zabandażowany w kilku miejscach, z ręką w gipsie, a jednak szczęśliwy, iż jego łowy okazały się pomyślne.
- Szkoda tylko, że zginął również jeden z moich najlepszych policjantów.
- Cóż.. Detektyw Miles znalazł się w budynku na własne życzenie.. Chociaż, co tu dużo kryć, uratował mi życie..
- A ten Amerykanin?
- Kraiten? Heh. Miał farta.. Zwichnięty bark, otwarte złamanie lewej nogi, pęknięte żebra, o siniakach i oparzeniach nie wspominając.. Gdy go znaleźliśmy, nie był w stanie nawet mówić.. a co dopiero się ruszać.. Ledwo widział.. Dobrze, że miał w dłoni pistolet. Wystrzelił z niego kilkukrotnie i dzięki temu go znaleźliśmy..
- Nie powinno to trafić do mediów.. Amerykanie nie są tu częstymi gośćmi, lepiej, żeby ludzie nie opowiadali sobie o ich udziale w zniszczeniu fragmentu miasta..
- Za pięć godzin mają samolot.. Raczej nieprędko postanowią znowu odwiedzić Europę. No nic, pan wybaczy, komisarzu.. Muszę wziąć kolejny zastrzyk znieczulający.. No i chciałbym zdążyć dojechać na lotnisko.. pożegnać osobiście tych Amerykanów.
- I upewnić się, że odlecą do siebie nie wysadzając nam w powietrze lotniska..




 
Poprzednia stronaNastępna strona__