|
|
9. Wyprawa ratunkowa
- Wszyscy na plac, zbiórka!
- Równać szereg!
- Chodźcie ze mną!
- Powiedziałem wyrównać szereg!
- Wyciągnijcie wektorowce z hangaru!
- Kraiten, gdzie ty się włóczysz?
- Dobra, baaaaaaaaczność! Ty, ty, i ty.. i ty.. ty też, i ty, i ty.. -
wyliczanie trwało niecałe pół minuty - .. Wy wszyscy, biegiem pod magazyn!
Reszta chwilowo może wrócić do baraków, ale pozostajecie w stanie gotowości
aż do czasu odwołania alarmu.
- Co się stało? - zapytał Kraiten stojącej pod magazynem Kristin. Był
jednym z dwunastu osób wybranych spośród trenujących w obozie, byłych
więźniów oraz stacjonujących w nim strażników.
- Wkrótce się dowiesz - odparła w pośpiechu Kristin i dołączyła do pozostałych
dwóch dowódców stojących przed magazynem, z którego wartownicy wynosili
właśnie sprzęt.
- Każdy bierze kamizelkę, hełm, plecak i strzelbę, po czym biegiem udaje
się na plac przed hangarem! Tam podzieleni zostaniecie na dwie grupy!
Biegiem, to nie są ćwiczenia, macie szanse zarobić nieco punktów i gotówki!
- wydał polecenia jeden z mężczyzn. Grupka kilkunastu osób szybko odebrała
swoje wyposażenie i pognała w stronę oczekujących już dwóch wektorowców.
Kraiten w biegu założył policyjną kamizelkę kuloodporną i narzucił plecak
na plecy. W kieszeniach kamizelki ocierające o siebie zapasowe naboje
do wręczonej mu strzelby automatycznej. Czyżby lecieli na wojnę?
Przed hangarem szybko podzieleni zostali na dwie grupy, każda złożona
z kilku ludzi z obrożami na szyjach oraz kilku strażników z obozu. Kraiten
z ulgą stwierdził, że znalazł się w grupie dowodzonej przez Kristin. Po
chwili dwa wektorowce wystartowały, unosząc swoich pasażerów w kierunku
nieznanego im miejsca docelowego.
- Panowie - odezwała się Kristin zaraz po starcie. Kraiten rozejrzał się
- faktycznie, była jedyną kobietą na pokładzie. - Po pierwsze, gratuluje
prędkości, z jaką uwinęliście się przy tym alarmowym starcie. Miło wiedzieć,
że trening odniósł jakiś skutek. Po drugie - piętnaście minut temu odebraliśmy
sygnał ratunkowy od prywatnej jednostki latającej, która chwilę potem
- jak wynika ze wskazań miejskiego radaru - rozbiła się na obszarze lasu.
Jesteśmy najbliżej, a poza tym firma, do której ów pojazd należał, korzysta
z naszych usług ochroniarskich, dlatego też to my lecimy, by ich zabrać.
Za kilka minut będziemy na miejscu. Lądujemy jako pierwsi - naszym zadaniem
jest jak najszybsze zabezpieczenie terenu. Grupa druga zlokalizuje rozbitków,
po czym wspólnie wystartujemy. Nie muszę wam chyba mówić, jak niebezpiecznie
może być w lesie w środku nocy, dlatego skupcie się i uważajcie na to,
co robicie. Uwaga, zaraz lądujemy! Przygotować się!
Kraitena korciło, by zapytać, jakie to niebezpieczeństwa czekać na nich
mogą w lesie, okoliczności jednak były szczególnie niesprzyjające.. O
czymkolwiek była mowa, będzie musiał poczekać nim o to zapyta.
Zahuczały wirniki maszyny, reflektory oświetliły niedużą polankę
pod nimi. Zbyt małą, by można było wylądować, wystarczającą jednak, by
mogli bezpiecznie zsunąć się na nią po linach.
Wkrótce też buty Kraitena dotknęły bujnie rosnącej w tym miejscu trawy,
siedmioosobowy oddział zaś utworzył okrąg, najeżony lufami strzelb, zabezpieczając
w ten sposób teren polanki. Umocowane pod lufami szperacze krążyły nerwowo,
wydobywając smugami światła coraz to nowe elementy lasu z ciemności.
- Zabezpieczyliśmy teren - krzyknęła Kristin do zamocowanego w hełmie
mikrofonu. - Możecie schodzić, Charles.
Silniki drugiego wektorowca zawyły nad polanką, gdy kolejna grupa zjechała
na linach, lądując na ziemi. Jej członkowie szybko zebrali się w dwuszereg
i ruszyli truchtem za swoim dowódcą w głąb lasu.
- Widzę ogień, to pewnie ich pojazd! Na razie ani śladu ludzi. Zwierząt
na szczęście też nie - zakomunikował Charles.
- Na detektorach ruchu też spokojnie, ale uważajcie - odpowiedziała Kristin.
- Widzę wektorowiec! A właściwie jego połowę, reszta jest zniszczona!
Rozpoczynamy poszukiwania!
Kristin co chwilę nerwowo spoglądała na swój ręczny detektor ruchu, wektorowce
krążyły w górze, nad ich głowami, omiatając okolice światłami reflektorów..
Kraiten przyjrzał się swoim współtowarzyszom.. Byli wyraźnie zdenerwowani,
niektórzy nawet wystraszeni.. Czego się bali..?
- O jezu! Strzelajcie, strzelajcie!!! - wykrzyknął nagle Charles. Wszyscy
spojrzeli w kierunku, w którym udała się druga grupa. Wtedy też rozpętało
się piekło.
- Szybko, wszyscy za mną!
- wykrzyknęła Kristin i rzuciła się biegiem w stronę nagle rozgorzałej
w środku lasu, małej wojny. Kraiten pobiegł za nią, zręcznie omijając
drzewa i ich wystające korzenie.
Chwilę temu coś wystraszyło Charlesa, chwilę później zaś ciszę nocy rozdarła
kanonada strzelb. Leśne echo niosło odgłosy strzałów, w słuchawce nadajnika
słyszał Kraiten krzyki przerażonych ludzi.. i agonalne wrzaski.
W kilka chwil pokonali dzielącą ich od drugiej grupy odległość, wypadli
spomiędzy drzew na miejsce wypadku i..
Kraiten stanął w miejscu, oniemiały.
Wbity w ziemię między drzewami tkwił uszkodzony wektorowiec. Jego tylna
część płonęła, pobliskie drzewa nosiły ślady niedawnej eksplozji. Trawa
w pobliżu zroszona była krwią, zaśmiecona metalowymi częściami i połamanymi
gałęziami. Pośrodku całej tej scenerii stało zaś monstrum. A właściwie
nie stało, tylko miotało się na lewo i prawo, rycząc, kłapiąc szczękami
i rozrywając na strzępy usiłujących umknąć przed nią ludzi.
- Strzelajcie w oczy! W oczy!!! - krzyknęła Kristin. Kilka osób z jej
grupy otworzyło ogień, raz po raz strzelając ze swoich strzelb. Kraiten
wciąż nie mógł oderwać oczu od szalejącej bestii. Wyglądała jak znany
mu z grafik i filmów Tyranozaur, zabójczy, prehistoryczny gad, postrach
wszystkiego co żyje. Krótkie, zakończone ostrymi szponami łapy przednie,
silnie umięśnione łapy tylnie, długi, gruby ogon, małe oczy i olbrzymi
pysk pełen długich, szpiczastych zębów. Poczuł się nagle jak w kinie,
czy podczas prezentacji wirtualnej.. Coś takiego nie miało prawa istnieć,
zwierzęta te wyginęły przecież dziesiątki milionów lat temu i..
Bestia zniżyła łeb i zaryczała rozdzierająco, jakby chcąc
przekonać o swojej niezaprzeczalnej prawdziwości, po czym przycisnęła
do ziemi uciekającego mężczyznę i kłapnięciem szczęk odgryzła jego tułów
od nóg. Krew bryzgnęła dookoła, agonalne wycie umierającego wzniosło się
ponad drzewa. Wtedy też Kraiten otrząsnął się z dziwnego uczucia nieprawdziwości
zdarzeń, w których brał udział. I zaczął działać.
- Kristin, zmywajmy się stąd! Wasze strzelanie
niewiele mu robi, rozdrażnia go tylko jeszcze bardziej!
- Nie możemy ich zostawić!
- Oni już nie żyją! Nie możemy nic dla nich zrobić!
- Ale..
- Żadnych ale! - Kraiten podbiegł i złapał ją w pół, po czym rzucił się
między drzewa. - Wycofujemy się! Wszyscy na polanę, biegiem!!! - krzyknął
do mikrofonu. Nie musiał powtarzać, wszyscy ruszyli sprintem między grubymi
pniami tropikalnych drzew, potykając się wprawdzie o korzenie i zwisające
liany, jednakże biegnąc w stronę oczekującego ich transportu.
- Kraiten, stój! - krzyknęła Kristin. - Charles żyje, popatrz!
Faktycznie, dowódca drużyny, mimo, iż pozbawiony nogi, odgryzionej nieco
poniżej kolana, czołgał się w stronę wraka wektorowca, usiłując umknąć
rozszarpującej właśnie niedobitków bestii.
- Nie da rady - ocenił jego szanse Kraiten. Bestia właśnie zauważyła poruszającego
się mężczyznę i kołysząc łbem ruszyła w jego stronę.
- Och.. Charles..
- Sprowadź wektorowce, Kris! Niech zabiorą ludzi! I biegnij na polanę!
- podjął nagle decyzję Kraiten. I nim zdążyła odpowiedzieć, pognał z powrotem
ku bestii.
Siły opuszczały Charlesa bardzo szybko,
czuł wyciekające z niego wraz z krwią życie, mimo to czołgał się w stronę
wraku, mając nadzieję, iż tam uda mu się ukryć przed zębiskami parskającego
i warczącego za jego plecami potwora. Obejrzał się przez ramię i.. zrozumiał,
że niepotrzebnie się trudził. Monstrum stanęło właśnie nad nim i sięgnęło
ku rannemu, rozwierając szeroko paszczę. Charles zdążył tylko pomyśleć:
oby nie bolało..
Wtedy w pysk potwora trafił pocisk.
Bestia zamknęła paszcze, zaskoczona, i zwróciła łeb w stronę człowieka,
który ośmielił się jej przeszkodzić w posiłku. Ryknęła potężnie, wyrażając
swój gniew i być może przeklinając w sobie tylko znanym języku, a wtedy
Kraiten wystrzelił raz jeszcze. Strzelba plunęła ogniem, kula zawyła radośnie,
tnąc powietrze, i w oka mgnieniu trafiła ryczącą bestię w mięsisty ozór.
Monstrum zawyło, zranione boleśnie, zamknęło paszczę, usiłując sięgnąć
jej swymi przykrótkimi przednimi łapami, w końcu zawyło raz jeszcze, trąc
łbem o ziemię. Ból spotęgował wściekłość. Ale małego, nędznego, dwunożnego
stworzenia, które ośmieliło się je zranić, nie było już na polanie. Zniknął
też niedoszły posiłek, pozostawiając po sobie jedynie kałużę lepkiej krwi..
Krwi, mającej bardzo wyraźny zapach. Zapach, który podpowiedział bestii,
w którą stronę uciekło jej jedzenie.
Charles zemdlał na chwilę
przed tym, zanim Kraiten wyrwał go niemal z pyska szalejącej z bólu bestii.
Nie widział więc szaleńczego biegu przez las, śmigających dookoła drzew
i przeskakiwania nad wystającymi korzeniami i połamanymi konarami. Bieganie
z taką prędkością po lesie, zwłaszcza w środku nocy, było czystym samobójstwem,
Kraiten jednak widział przeszkody wyraźnie niczym w dzień, umiał też je
czysto i zwinnie pokonywać, ani na chwile nie zwalniając, wciąż utrzymując
dużo szybsze od ludzkiego tempo. Przez moment przed oczami ujrzał siebie
sprzed lat, gdy pędził tak przez las w towarzystwie wspaniałych wilków,
ścigając wiatr i śmiejąc się radośnie.. Wspomnienie to zrodziło jednak
następne, przywołało obraz martwych wilków i jego, związanego, broczącego
krwią, śmiech niskiego mężczyzny i..
Kraiten zacisnął zęby, odpędzając od siebie gorzkie wspomnienia i przyspieszył,
domyślając się, iż odgłos łamanych za jego plecami gałęzi oznacza, iż
bestia otrząsnęła się z szoku i podjęła pościg.
- Wszyscy są, możemy lecieć!
- Nie, jeszcze nie! - odkrzyknęła pilotowi Kristin.
- Na co czekamy?! Tym ludziom potrzebna jest pomoc medyczna!
- Na nich czekamy! - odpowiedziała, gdyż w tej właśnie chwili z lasu wybiegł
na polanę Kraiten, niosący przerzuconego przez ramię dowódcę nie istniejącej
już właściwie drugiej grupy. Pilot obrócił delikatnie wektorowiec i wtedy
światło reflektora wydobyło z ciemności sylwetkę przedzierającej się przez
las bestii.
- Niżej! - poleciła Kristin.
- Już niżej nie mogę, za dużo drzew! Jeśli wciągniemy w wirnik jakąś gałąź
albo lianę..
- Tak, wiem! Zejdź jak najniżej możesz!
W dole zaś trwała walka z czasem. Kraiten przerzucił przez ramię strzelbę,
przypiął do swojego pasa linę wyciągarki i poprawił chwyt jakim przytrzymywał
zwisającego bezwładnie Charlesa.
- Lećcie do góry! - krzyknął do mikrofonu. - Wyciągarka jest za wolna!
- Leć! - powtórzyła Kristin pilotowi, zupełnie niepotrzebnie, gdyż ten
właśnie zwiększył moc wirników i szarpnął za drążek, wznosząc wektorowiec.
Szybko, dużo szybciej niż zezwalały na to podręczniki. A jednak.. za wolno.
Bestia zbliżała się zbyt szybko, wypadła już spomiędzy drzew i Kraiten
zrozumiał, że dosięgnie ich nim znajdą się poza zasięgiem jej zębów. Zabraknie
im sekundy, dwóch..
Jego czyny były szybsze niż myśli. Złapał się rękoma liny ponad głową,
mając nadzieję, iż Charles nie wyśliźnie mu się, jak właśnie uczyniła
to strzelba, i dźwignął się w górę, niewiele, trochę ponad pół metra,
a jednak wystarczyło, by znaleźć się odrobinę wyżej niż byli, gdy monstrum
atakowało. Rozwarta paszcza dosięgła ich momentalnie, Kraiten jednak odbił
się mocno nogami od ostrych jak sztylety kłów, usuwając się poza zasięg
właśnie zatrzaskującej się z hukiem paszczy. Bestia opadła z powrotem
na tylne łapy, zdziwiona, iż złapała jedynie powietrze, Kraiten zaś złapał
mocno wyślizgującego mu się właśnie Charlesa, i kołysząc się na rozbujanej
linie ruszyli w stronę wektorowca, w towarzystwie cichego szumu automatycznej
wyciągarki.
- Jezu, człowieku, to było niewiarygodne!
- Tak się odbić od pyska bestii.. Nigdy czegoś takiego nie widziałem!
- Boże, oni wszyscy nie żyją, nie żyją, nie żyją...
- Aaaaaaaa.....! Ale boli, o jezu, ja umieram, ale mnie boli..
- Zamknij się, kurwa, nic ci nie będzie, kapujesz?! Wyliżesz się z tego,
stary! Obiecuje!
- Co z nim? - zapytał Kraiten pochylającej się nad Charlesem Kristin.
- Źle. Stracił dużo krwi.. Trzeba go zawieźć do szpitala.
- Ci tutaj to wszyscy? Którzy przeżyli?
- Nie.. Większość poleciała drugim wektorowcem. Do obozu.
- Lećmy do miasta, Kris. Nie macie w obozie chirurgów, a bez nich ten
człowiek nie przeżyje.
- Tak, wiem.. Ale.. No nic, masz racje - przymknęła oczy na moment, oddychając
głęboko.. Jeszcze nie zdążyła się uspokoić. Żadne z nich nie zdążyło.
- Tu Kristin - powiedziała w końcu do mikrofonu. - Proszę obrać kurs na
siedzibę Skytechu.
- Nie wracamy do obozu? - zapytał pilot.
- Nie.
- Tak jest.
Resztę drogi przebyli w milczeniu. Pasażerowie, po zażyciu środków przeciwbólowych
i uspokajających, pogrążyli się w stanie półsnu, Kristin zaś, po udzieleniu
Charlesowi pierwszej pomocy, podłączyła go do kroplówki i bezustannie
kontrolowała jego puls.
- Kraiten? - odezwała się, kiedy ich wektorowiec znalazł się nad miastem.
- Dlaczego po niego wróciłeś?
- Żeby miał szansę przeżyć?
- Odpowiadasz, czy pytasz..?
- Hm.. Sam nie wiem. Masz racje, nie znam go i w sumie jego los jest mi
obojętny. Ale miałem swoje powody. Jeden z nich mogę ci zdradzić, pozostałe
zatrzymam dla siebie.
- ..Tak? Więc jaki.. miałeś powód?
- Wiedziałem, że w takim stanie nie zawieziecie go do obozu, tylko do
miasta. A to.. bardzo mi ułatwia sprawę - odpowiedział Kraiten, uśmiechnął
się, widząc niezrozumienie malujące się w oczach Kristin, po czym ukłonił
się jej lekko i wyskoczył z wektorowca.
Ponad dwa kilometry nad miastem.
Złożył ręce wzdłuż ciała i niczym nurkujący na swą ofiarę sokół pomknął
w dół.
|
|