14. Nocna rozrywka

 



- Uwaga, VIPy wychodzą. Nie pozwólcie, by w holu zrobił się tłok, wyprowadzajcie ich grupkami na parking. Auta gotowe?
- Tak jest. Grzeją silniki od kilku minut. Teren czysty.
- Ważka Jeden, Ważka Dwa, jak wygląda sytuacja?
- W górze też spokojnie, niczego nietypowego nie widać. Kręcą się trzy wektorowce policji, ale zidentyfikowały się już.
- Bardzo dobrze. No, panie i panowie, jeszcze kilka minut i mamy wolne, skupcie się!
  Kristin stała na półpiętrze, z góry obserwując zapełniający się ludźmi parter. Zgodnie z radą Kraitena, zwieźli ich na dół kilkoma windami jednocześnie, losowo ustalając, kto którą pojedzie, na kilka chwil przed ruszeniem winy. Teraz, trzymając się konsekwentnie taktyki losowości, w niedużych grupkach wyprowadzali VIPów na teren parkingu, gdzie czekały już na nich opancerzone limuzyny. te zaś w otoczeniu kilku policyjnych ślizgaczy wyruszały w stronę lotniska.
- Nikt ze Skytechu nie jedzie na lotnisko z nimi? - zapytał Kraiten, podchodząc do Kristin. Nie pojawił się w trakcie narad, przyszedł dopiero niedawno i, ku lekkiej irytacji Kristin, został bez problemu przepuszczony przez ochraniających konferencję ludzi. Ale nie mogła mieć pretensji, miał w końcu dokumenty dowódcy zespołu, a wczorajsze, widowiskowe podziękowania za uratowanie życia, złożone mu przez Charlesa, dodatkowo umocniły jego pozycję. Pracownicy Skytechu powoli zaczynali kojarzyć Kraitena z kimś, kto się liczy w firmie.. I zapewne nie bez znaczenia był fakt, iż widywali go najczęściej w towarzystwie bratanicy kierownika..
- Nie, nasze zadanie kończy się w momencie, gdy limuzyna opuszcza teren budynku. Dalej to już robota policji, nas wynajęto tylko do ochrony ludzi podczas samej konferencji - odpowiedziała, nie spuszczając z oczu ludzi poniżej.
- Heh.. Więc jeśli na któregoś z nich miał zostać przeprowadzony dzisiaj zamach, to pewnie nastąpi to właśnie w czasie ich powrotu na lotnisko.
- To już nas nie dotyczy.
- To się nazywa "pozytywne podejście" - uśmiechnął się Kraiten. - Idziemy? To już ostatnia grupa, chyba nie musisz tutaj być podczas sprzątania?
- Nie, nie muszę.. - Kristin wydała ostatnie rozporządzenia przez komunikator i ruszyła schodkami w dół, na parter. - A gdzie chcesz iść?
- Na zakupy - roześmiał się. - Muszę sobie jakieś ładne autko wybrać. Macie jakieś umowy podpisane z dealerami? Jakieś zniżki, coś w tym stylu?
- Nie, nie zamawiamy aut dla pracowników, jeśli już, to składamy zamówienia na na przykład opancerzone furgonetki i tak dalej.. A tego nie robią w salonach.
- Hm. No to się musimy po salonach przejechać, poszukać. Przecież nie będę ciebie jako taksówki ciągle wykorzystywał.
- Czemu? Jak na razie całkiem dobrze ci to szło i nie narzekałeś.
- A powinienem był narzekać, że mi się pozwalasz wykorzystywać? - posłał jej łobuzerki uśmiech. - Bez przesady.
  Kristin nacisnęła przycisk autopilota i czerwony samochód błysnął światłami, wyłączając alarm.
- Co to za marka? - zapytał Kraiten.
- Kamar C20, wersja turbo. Sprowadzony na zamówienie.
- No no.. Nie żałowałaś sobie - auto, ze swoim niskim zawieszeniem i opływowymi kształtami przypominało Kraitenowi jeden z modeli Lamborgini. Podobieństwo zwiększał fakt, iż także miało unoszone do góry drzwi, jednak nietypowy, płaski wlot powietrza w pobliżu przedniej szyby, jak i podwyższony spoiler plus stateczniki po jego bokach nadawały maszynie wygląd czegoś pośredniego między wyścigówką a odrzutowcem.. Mimo, że nieco zabawny na pierwszy rzut oka, samochód robił niesamowite wrażenie.
- Chodź, taksówka czeka.
  Szerokie opony zakręciły się w miejscy, gdy Kristin gwałtownie dodała gazu i maszyna ruszyła z cichym piskiem, w ciągu kilku sekund dochodząc do stu kilometrów na godzinę. Dosłownie przemknęli koło punkt kontrolnego i chwilę później mknęli już ulicami rozświetlonego blaskiem reklam i neonów miasta.

 

 

 

- Czy tutaj ludzie nigdy nie śpią?
- Ludzie i owszem. To miasto nigdy nie zasypia, nie jego mieszkańcy. Jest nas tutaj tak dużo, że akurat gdy jedni kładą się spać, drudzy budzą się do życia, udają się do pracy, na zakupy.. Swoista druga zmiana.
- Bezustanny ruch.. Cóż, i tak można.
  Mknęli autostradą okrążającą centrum i biegnącą nad zachodnią częścią śródmieścia. Kristin pędziła sporo ponad dwieście na godzinę, z gracją wymijając dużo wolniej jadące samochody. Jej pojazd sunął po szosie niczym morski drapieżnik po dnie oceanu, zgrabny, majestatyczny, od niechcenia pochłaniał kolejne kilometry. Radio grało cicho jakąś skoczną muzykę z dużą ilością gitarowych wstawek, chmury nad miastem rozstąpiły się, ukazując rozgwieżdżone niebo, nie mógł jednak Kraiten dostrzec księżyca, chociaż instynktownie wyczuwał, gdzie ten się znajduje.
  Zauważył też, że Kristin odprężyła się po kilku godzinach bezustannego skupienia nad kontrolą sytuacji.. Szybka jazda samochodem działała na nią niczym gorąca kąpiel z bąbelkami..
  Kraiten zamyślił się. Na niego szybkość także działała relaksująco.. Za młodu uwielbiał ścigać się z olbrzymimi wilkami pomiędzy drzewami, omijając powalone kłody, wiszące tuż przy ziemi konary, leżące w trawie olbrzymie głazy.. Rzadko kiedy wygrywał, wilki były dużo od niego szybsze w bieganiu, był jednak bezkonkurencyjny, gdy na trasie pojawiały się skupiska kamieni, po których należało się wspiąć.. Wtedy nadrabiał straty.. A później.. Później było miasto. Takie jak te. Może tylko nieco ładniejsze, bo odbudowane po bombardowaniu.. Nie było już wilków.. Nie było w okolicy nawet lasów.. Biegał wówczas po dachach budynków, by oderwać się na chwilę od rzeczywistości, od obowiązków, od myśli i problemów.. Gdy przeskakiwał z dachu na dach.. pod sobą mając kilkudziesięciometrową przepaść, nad sobą zaś gwiazdy i radośnie lśniący księżyc.. Wtedy czuł się wolny.. jak ptak..
- ..Otoczony przez policję, ale nikt z zapytanych funkcjonariuszy nie wie, wynikiem czego była eksplozja, którą słyszeliśmy..
- Słucham? - zapytał. Kristin spojrzała na niego zdziwiona.
- Mówiłaś coś o policji i eksplozji?
- Nie.. Nie ja. To chyba w radiu - odpowiedziała, zwiększając głośność. Faktycznie, zaprzestano nadawania muzyki, a jakiś reporter pospiesznie mówił do mikrofonu.
- Kapitanie, czy udało się już wam ustalić, co to była za eksplozja?
- Proszę się stąd odsunąć, staramy się tu pracować! - odpowiedział mu szorstki głos. W tle słychać było ciche wycie policyjnych syren i wrzawę ludzkich głosów.
- Proszę państwa, wydaje się, że uciekinierzy zdetonowali w budynku jakąś bombę. Z niepotwierdzonych informacji wynika, iż wysłana do środka grupa policjantów znalazła się w zasięgu jej rażenia, są ranni, ktoś ponoć zginął. Nie wiemy, co dzieje się z zakładnikami, jednakże nie wygląda to wszystko najlepiej. Za chwilę przekażemy państwu dalsze informacje. Spod sklepu na rogu Czelseja i Punkarego, w którym rozgorzała prawdziwa wojna, mówił do państwa Rob Dyltong.
- Daleko to od nas? - zapytał Kraiten.
- Ten sklep? Nie, kilka minut.
- Jedźmy tam, zobaczymy jak to wygląda z bliska.
  Kristin skinęła głową na znak zgody i wcisnęła mocniej pedał gazu, a jej Kamar wyrwał do przodu niczym wypuszczona z łuku strzała. Kraiten spojrzał na niebo. Wreszcie widać było księżyc.

 

 

 

- Z ostatnich doniesień wynika, że oddział policjantów wysłany do budynku wpadł w pułapkę zastawioną przez zbiegów. Chodzą słuchy o kilku zabitych, funkcjonariusz, z którym rozmawialiśmy przed chwilą, mówił, iż sytuacja nie wygląda wesoło, nie ma jak się dostać do środka, a na domiar złego zbiegowie wciąż są w posiadaniu co najmniej trzech zakładników. Przepraszam, kapitanie, czy.. - reporter pobiegł, by zadać pytanie, tymczasem Kristin właśnie wyhamowała niedaleko tłumu ludzi obserwującego piętrowy biurowiec jakiejś lokalnej firmy. Kraiten otworzył drzwi po swojej stronie, nie wyglądało jednak na to, by zamierzał wysiąść z auta. Kristin spojrzała na niego pytająco, a gdy skinął głową, wyłączyła silnik.
- I co teraz? Oglądamy przedstawienie? - zapytała.
- Hmm.. Zawsze to jakieś urozmaicenie. Wasze stosunki z policją chyba nie są najlepsze?
- Czy ja wiem..? Wykonujemy podobną robotę, tyle że my działamy w centrum, lepiej nam płacą i jesteśmy skuteczniejsi.
- Ha. Jeśli ktoś kiedykolwiek powiedział przy nich podobne słowa, to gliniarze zastrzelą cię, gdy tylko cię ujrzą - skomentował, wysiadając z auta. Kristin zamknęła drzwi i ruszyła za nim, włączając alarm i zabezpieczenia auta.
  Przecisnęli się jakoś przez tłum gapiów, i stanęli tuż przed policyjną blokadą. Kilka metrów dalej stało kilka radiowozów, nieliczni policjanci celowali w okna budynku ze swoich karabinków, o maskę jednego z radiowozów opierał się natomiast niski, zwalisty mężczyzna z grubymi wąsami, w ręku zaś trzymał mikrofon radiokomunikatora i żywo z kimś rozprawiał.
- To ten kapitan z radia - powiedziała Kristin, spoglądając na insygnia widoczne na mundurze policjanta. Kraiten przytaknął, nasłuchując.
- Do diabła, Gregor, wytrzymajcie jeszcze trochę! - krzyczał mężczyzna do mikrofonu. - Za kilkanaście minut będą tu ludzie z brygady antyterrorystycznej, ustawimy snajperów na dachach i wyciągniemy was! ...Tak.. Aha.. Bardzo źle..? ..Musi, nie ma wyboru.. Nie ruszajcie się stamtąd, nie podejdą do was, nie będą tak ryzykowali..! ..Jeszcze dwóch, tak, wiem..
- Przepraszam, z kim szef tak rozmawia? - zapytał Kraiten stojącego nieopodal policjanta. Ten odpowiedział, nie odwracając się:
- Z porucznikiem Gregorem. On i kilku chłopaków poszli odbić zakładników, ale wpadli w pułapkę.. Hej - policjant odwrócił się w końcu - a kim ty w ogóle jesteś, co?
- Pracuje dla Skytechu - zaryzykował Kraiten. - Zastanawiam się właśnie czy nie moglibyśmy jakoś pomóc..
- Skytech, co? To nie wasz rewir, czym się przejmujesz?
- Nie jestem na służbie i nie bawi mnie wcale fakt, że twoi koledzy wpadli w zasadzkę. Kto tam jest w środku?
- Zbiegowie - odpowiedział policjant po chwili milczenia. - Uciekli niedawno z transportu więziennego, ukradli auto i dojechali aż tutaj.. Zablokowaliśmy ich, więc wpadli do budynku, porucznik Gregor pobiegł za nimi z kilkoma osobami.. Tamci zdetonowali jakąś bombę, odcinając naszych na klatce schodowej.. i wzięli zakładników. Na szczęście tylko dwóch, reszta wybiegła już z budynku.
- Okej, dzięki.. Chodź, Kris.
- Co chcesz zrobić? - zapytała, gdy doszli do samochodu.
- Pomóc im trochę. Nie wytrzymają do przyjazdu antyterrorystycznej.. A jak snajperzy zajmą pozycję, nie będę już miał jak się tam dostać.
- Dostać..? Chcesz tam wejść? Wokół pełno policji, zdemolowana klatka schodowa, a ty chcesz ot tak sobie wejść?
- Hej, kotku.. Do waszego biurowca przecież się dostałem, prawda? To tutaj nie może być trudniejsze.
- Tak, racja.. I wciąż nie powiedziałeś, jak się dostałeś aż do pokoju mojego wuja.
- I nieprędko powiem. Hm. Jesteś zaradną dziewczynką.. Masz w bagażniku jakieś ciekawe akcesoria?
Kristin otworzyła bagażnik i uniosła pokrywę niedużej skrzynki.
- Wystarczy? - zapytała, odsuwając się. Kraiten aż gwizdnął z zachwytu.
- Wybierasz się na wojnę? - zapytał, sięgając po rzeczy. Pod kurtkę założył kamizelkę kuloodporną, zabrał też pistolet i kilka granatów hukowych. W końcu podał Kristin małą krótkofalówkę.
- Możesz mi to ustawić na częstotliwość na jakiej rozmawiają ci policjanci?
- Oczywiście.
- Hmm.. Prawdziwe cacko - mruknął Kraiten, spoglądając na pistolet. Niezbyt ciężki, dobrze leżący w dłoni, z masywną lufą i sporego kalibru amunicją.. - Cudo - skomentował, wsuwając magazynek i przeładowując broń. Kristin podała mu radio.
- A jak chcesz tam wejść?
- Z tej strony - wskazał ręką - jest sporo cienia, nikt mnie nie zauważy. Z okna tamtego budynku powinienem dostać się na dach, do naszych kłopotliwych zbiegów.
- Z okna...? Kraiten, przecież te budynki stoją dobre dziesięć metrów od siebie!
- Nie jest tak źle.. Trochę przesadziłaś. Poza tym, jeśli wyskoczę wystarczająco wysoko, to jakoś chyba dolecę, co? - posłał jej jeden ze swoich łobuzerskich uśmieszków i chwilę później zniknął w tłumie. Kristin usiadła w samochodzie i włączyła nasłuch policyjnej częstotliwości.

 

 


  Wspiął się o piętro wyżej, niż potrzebował, wiedział jednak, że Kristin będzie obserwować go przez noktowizor.. Niepostrzeżenie dostał się na tyły budynku, wymijając gapiów i policjantów. Włamanie się do biurowca również nie było trudne, teraz pozostało przedostać się na właściwy dach.
  Okna na korytarzu, jak na złość, nie były stworzone z myślą o otwieraniu ich.. Musiał więc rozbić szybę tuż przy samej podstawie, a następnie stukając w nią delikatnie kolba pistoletu, powiększył pajęczynę pęknięć. Wtedy pousuwał co większe kawałki szkła, kładąc je pod ścianą, w końcu zaś zgarnął ręką resztki szyby do wnętrza budynku. Spadające okno ktoś mógł zauważyć, taki hałas natomiast z pewnością umknie uwadze nerwowego tłumu poniżej. Czas uciekał.
  Kraiten kucnął na dolnej ramie okna, wyjrzał na zewnątrz, i upewniwszy się, że ta strona ściany wciąż pogrążona jest w głębokim cieniu - skoczył.
  Przez chwilę znowu był ptakiem, szybującym nad ulicami miasta.. Wznoszącym się ponad to wszystko.. Chwilę potem jednak wylądował miękko na dachu i ruszył zwinnie, z ptaka zmieniając się w kota, wyruszającego na nocne łowy..
  Ile razy już to robił? Przemykał się nocą pomiędzy strażnikami, alarmami, by znaleźć poszukiwaną osobę.. Więcej razy niż pamiętał. Więcej, niżby chciał. Ale jedno musiał przyznać ponurym ludziom, którzy postanowili zrobić z niego zabójcę - znali się na rzeczy. Aż za dobrze.
  Pamiętał, w którym miejscu budynku znajdowały się drzwi i małe okienko wychodzące na klatkę schodową, jednak o układzie reszty pomieszczeń nie miał pojęcia. Oczywiście nie było to specjalnym problemem, jednak skoro miał przyjaciela, który mógł mu takie informacje zdobyć..
  Kraiten położył się na dachu. Galaretowata substancja oddzieliła się od jego dłoni i dziesiątką wąziutkich igieł wbiła w dach biurowca, przenikając przez szczeliny, sobie tylko znanymi sposobami badając otoczenie. Zbierane informacje przekazywane były wprost do mózgu Kraitena. Schody. Częściowo zniszczone. Ściana. Drzwi. Uchylone, za nimi duże, ciepłe istoty - ludzie. Na schodach, za stertą gruzu, kolejne. Głosy w pomieszczeniu przy ścianie. Kraiten kucnął. Miał już jako taki obraz sytuacji, pozostało działać. Symbiot kolejny raz okazał się być bardzo pomocny.
  Najpierw zakładnicy. Głupio by było, gdyby zginęli. Skytech utraciłby nieco swojej reputacji, a w końcu wypadało dbać o wizerunek drużyny, w której się grało..
  Kraiten sięgnął po krótkofalówkę.
- Poruczniku Gregor? Słyszy mnie pan? - w odpowiedzi szum. Po chwili głos.
- Tak, słyszę. Kto mówi?
- Kto do cholery korzysta z tego pasma?! To zastrzeżona częstotliwość! - wydarł się trzeci głos. Wąsaty kapitan.
- Poruczniku, chciałbym pana o coś prosić. Czy moglibyście ostrzelać przestępców? Wiem, że ich nie widzicie, ale chodzi mi po prostu o narobienie hałasu i przyciągnięcie ich uwagi.
- Kazałem wynieść ci się z tej częstotliwości!!! - wrzasnął kapitan.
- Kapitanie, proszę się łaskawie przez chwile nie wtrącać, próbuję pomóc pańskim ludziom.
- Z kim rozmawiam i dlaczego mamy ściągnąć na siebie uwagę tych gnojków? Strzelają do nas wystarczająco często, i bez prowokacji - wtrącił Gregor.
- Kraiten, ze Skynet Technologies. Za chwilę będę w budynku. Proszę po prostu chwilę postrzelać, poruczniku, a wkrótce pańscy towarzysze wyjdą na zewnątrz.
- Dobrze.. Niech będzie.
- Skynet Technologies?! Po cholerę się wtrącacie w.. - ale Kraiten ściszył krótkofalówkę, nie słuchając już słów kapitana. Dostrzegł nadjeżdżającą ulicą furgonetkę brygady antyterrorystycznej. Trzeba było się spieszyć, zanim postanowią zrównać budynek z ziemią.
- Czekam, poruczniku - powiedział, zawiązując cienką linkę dookoła metalowego słupka. Szybciej, do diabła..
  I wtedy zahuczały pistolety. Kilka na raz, ryknęły dziko, prawdziwa kanonada. O to chodziło.
  Kraiten zeskoczył z dachu, obracając się w powietrzu. Teraz już nie było szansy, by pozostać niezauważonym, ale nie to się liczyło. Sekundę później linka napięła się, Kraiten zaś wygiął się w łuk, lecąc ku oknu i na chwilę przed uderzeniem wyprostował nogi, tłukąc szybę, uginając ręce, by osłonić twarz przed szkłem. Wpadając do pokoju wiedział już, gdzie kto się znajduje, symbiot spisywał się znakomicie. Kraiten puścił linę i nie tracąc czasu na wyjmowanie broni skoczył w stronę stojących pod drzwiami mężczyzn. Było ich dwóch. Zdezorientowanych, z powodu kanonady ledwo usłyszeli dźwięk tłuczonej szyby. Odwrócili się, unosząc pistolety, byli jednak za wolni, dużo za wolni dla mężczyzny, który rzucił się w ich stronę. Nie miał broni. Tylko ręce. I oczy. Płonące czerwonym blaskiem oczy..
- Jezu! - jęknął bandyta. Były to jego ostatnie słowa, zanim Kraiten wbił mu chrząstkę nosa w mózg, kończąc jego żywot. Towarzysz bandyty nie zdążył nic powiedzieć. Kraiten złapał go za dłoń, trzymającą pistolet i złamał nadgarstek, sięgając jednocześnie drugą dłonią ku głowie mężczyzny. Trzasnął złamany kark, dwa trupy upadły na ziemię. Minęły niecałe dwie sekundy od chwili, gdy Kraiten wpadł przez okno do pokoju. Tak, zdecydowanie wytrenowali go za dobrze..
  Przelotnie spojrzał na skulonych w kącie zakładników. Kobieta i mężczyzna, przerażeni strzelaniną, nawet nie patrzyli. Spojrzą za chwilę. Do końca życia zastanawiać się będą, co się tutaj wydarzyło.
  Kraiten odbezpieczył pistolet, podniósł też upuszczoną przez przestępcę broń. Zostało trzech, za drzwiami, przy ścianie, odpowiadających na ogień z dołu. Trzech..
  Kraiten otworzył drzwi, uniósł pistolety. Ogień buchnął z obu luf, kule, niczym wściekłe szerszenie, z sykiem pomknęły ku mężczyznom. Trzech. Jeden. Zero. Krew trysnęła na ścianę i podłogę, trzy ciała osunęły się na podłogę. Kraiten schował się za ścianę, pozwalając symbiotowi zbadać pomieszczenia, upewnić się, że to już wszyscy. O ileż wygodniejsze było to od czasów, gdy Kraiten sam sprawdzać musiał każde pomieszczenie z osobna.. Z Johnnym, który osłaniał jego plecy. Scena z przeszłości. Ogień. Krzyk. Johnny brocząc krwią leży pod ścianą. Nieżywy. Zmasakrowany.
  Kraiten potrząsnął głową. Nie czas na to. Przeszłości nie można zmienić.
Uniósł krótkofalówkę.
- Poruczniku? - cisza. Pewnie nie słyszy. - Poruczniku!!
- Tak?! - krzyk. I zagłuszający huk.
- Przestańcie strzelać!!
  Minęła chwila, nim się uspokoiło. Z klatki schodowej dobiegły Kraitena przekleństwa, cichy jęk rannego..
- Już po wszystkim, poruczniku. Proszę nie strzelać, zaraz do was zejdę.
- Jak to po wszystkim? Co się stało?!
- Mówcie, co tam się dzieje?!! - znów głos kapitana. Kraiten wyłączył krótkofalówkę, i podszedł do podziurawionej kulami ściany.
- Uwaga, wychodzę - krzyknął jeszcze dla pewności. Leżący kilkanaście minut pod obstrzałem policjanci mogli zbyt nerwowo zareagować na jego nagłe pojawienie się.
- Tylko powoli! - usłyszał. No właśnie.
  Wychylił się z za ściany z uniesionymi rękami, rozejrzał.. Schody prowadzące z parteru na półpiętro istniały już tylko w szczątkowym stanie. Na półpiętrze zaś, za stertą gruzu, pochodzącego zapewne ze ściany i sufitu uszkodzonych przez bombę? Granat? Przez cokolwiek, co zdetonowali zbiegli przestępcy.. Za tym gruzem znajdowali się policjanci. Ledwie widoczni, ale jednak.. Kraiten zastanowił się, jak udało im się przeżyć tutaj tak długo.
- Poruczniku? - zapytał, schodząc w dół schodami. Ta część nie była zbyt poważnie uszkodzona. Zza gruzu podniósł się szczupły mężczyzna, na oko około trzydziestu kilku lat.. Nieduży wąsik, zgrabna bródka, na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie sympatycznego człowieka.. Miał w oczach coś, co mówiło, że można go polubić.. Kraiten widywał już takie oczy. Wiele jego ofiar takie miało.
- Jestem Kraiten. Ze Skytechu. Ścigani przez pana przestępcy nie żyją, zakładnicy są w szoku, ale nienaruszeni.
- ...Jak?!! - zdziwienie malujące się na twarzy porucznika było aż nazbyt widoczne.
- Proszę lepiej poprosić swoich kolegów o pomoc.. Wydostanie stąd rannych, kiedy brak połowy schodów, nie będzie zbyt łatwe.
  Gordon przypatrywał się Kraitenowi jeszcze przez chwilę. Oceniał go, usiłując wyobrazić sobie, co stało się na górze.. W końcu ich spojrzenia spotkały się. Przez krótki moment. I porucznik uśmiechnął się z ulgą, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że już są bezpieczni - on i jego ludzie.
- Dziękuję - powiedział, po czym złapał za radio i zakomunikował o opanowaniu sytuacji.
  Na zewnątrz, przed budynkiem, jego szef usłyszał wiadomość i zdziwiony usiadł w radiowozie, drapiąc się po dwudniowym zaroście..


 

 

 
Poprzednia stronaNastępna strona__