|
|
14. Nocna rozrywka
- Uwaga, VIPy wychodzą. Nie pozwólcie,
by w holu zrobił się tłok, wyprowadzajcie ich grupkami na parking. Auta
gotowe?
- Tak jest. Grzeją silniki od kilku minut. Teren czysty.
- Ważka Jeden, Ważka Dwa, jak wygląda sytuacja?
- W górze też spokojnie, niczego nietypowego nie widać. Kręcą się trzy
wektorowce policji, ale zidentyfikowały się już.
- Bardzo dobrze. No, panie i panowie, jeszcze kilka minut i mamy wolne,
skupcie się!
Kristin stała na półpiętrze, z góry obserwując zapełniający się ludźmi
parter. Zgodnie z radą Kraitena, zwieźli ich na dół kilkoma windami jednocześnie,
losowo ustalając, kto którą pojedzie, na kilka chwil przed ruszeniem winy.
Teraz, trzymając się konsekwentnie taktyki losowości, w niedużych grupkach
wyprowadzali VIPów na teren parkingu, gdzie czekały już na nich opancerzone
limuzyny. te zaś w otoczeniu kilku policyjnych ślizgaczy wyruszały w stronę
lotniska.
- Nikt ze Skytechu nie jedzie na lotnisko z nimi? - zapytał Kraiten, podchodząc
do Kristin. Nie pojawił się w trakcie narad, przyszedł dopiero niedawno
i, ku lekkiej irytacji Kristin, został bez problemu przepuszczony przez
ochraniających konferencję ludzi. Ale nie mogła mieć pretensji, miał w
końcu dokumenty dowódcy zespołu, a wczorajsze, widowiskowe podziękowania
za uratowanie życia, złożone mu przez Charlesa, dodatkowo umocniły jego
pozycję. Pracownicy Skytechu powoli zaczynali kojarzyć Kraitena z kimś,
kto się liczy w firmie.. I zapewne nie bez znaczenia był fakt, iż widywali
go najczęściej w towarzystwie bratanicy kierownika..
- Nie, nasze zadanie kończy się w momencie, gdy limuzyna opuszcza teren
budynku. Dalej to już robota policji, nas wynajęto tylko do ochrony ludzi
podczas samej konferencji - odpowiedziała, nie spuszczając z oczu ludzi
poniżej.
- Heh.. Więc jeśli na któregoś z nich miał zostać przeprowadzony dzisiaj
zamach, to pewnie nastąpi to właśnie w czasie ich powrotu na lotnisko.
- To już nas nie dotyczy.
- To się nazywa "pozytywne podejście" - uśmiechnął się Kraiten.
- Idziemy? To już ostatnia grupa, chyba nie musisz tutaj być podczas sprzątania?
- Nie, nie muszę.. - Kristin wydała ostatnie rozporządzenia przez komunikator
i ruszyła schodkami w dół, na parter. - A gdzie chcesz iść?
- Na zakupy - roześmiał się. - Muszę sobie jakieś ładne autko wybrać.
Macie jakieś umowy podpisane z dealerami? Jakieś zniżki, coś w tym stylu?
- Nie, nie zamawiamy aut dla pracowników, jeśli już, to składamy zamówienia
na na przykład opancerzone furgonetki i tak dalej.. A tego nie robią w
salonach.
- Hm. No to się musimy po salonach przejechać, poszukać. Przecież nie
będę ciebie jako taksówki ciągle wykorzystywał.
- Czemu? Jak na razie całkiem dobrze ci to szło i nie narzekałeś.
- A powinienem był narzekać, że mi się pozwalasz wykorzystywać? - posłał
jej łobuzerki uśmiech. - Bez przesady.
Kristin nacisnęła przycisk autopilota i czerwony samochód błysnął światłami,
wyłączając alarm.
- Co to za marka? - zapytał Kraiten.
- Kamar C20, wersja turbo. Sprowadzony na zamówienie.
- No no.. Nie żałowałaś sobie - auto, ze swoim niskim zawieszeniem i opływowymi
kształtami przypominało Kraitenowi jeden z modeli Lamborgini. Podobieństwo
zwiększał fakt, iż także miało unoszone do góry drzwi, jednak nietypowy,
płaski wlot powietrza w pobliżu przedniej szyby, jak i podwyższony spoiler
plus stateczniki po jego bokach nadawały maszynie wygląd czegoś pośredniego
między wyścigówką a odrzutowcem.. Mimo, że nieco zabawny na pierwszy rzut
oka, samochód robił niesamowite wrażenie.
- Chodź, taksówka czeka.
Szerokie opony zakręciły się w miejscy, gdy Kristin gwałtownie dodała
gazu i maszyna ruszyła z cichym piskiem, w ciągu kilku sekund dochodząc
do stu kilometrów na godzinę. Dosłownie przemknęli koło punkt kontrolnego
i chwilę później mknęli już ulicami rozświetlonego blaskiem reklam i neonów
miasta.
- Czy tutaj ludzie nigdy
nie śpią?
- Ludzie i owszem. To miasto nigdy nie zasypia, nie jego mieszkańcy. Jest
nas tutaj tak dużo, że akurat gdy jedni kładą się spać, drudzy budzą się
do życia, udają się do pracy, na zakupy.. Swoista druga zmiana.
- Bezustanny ruch.. Cóż, i tak można.
Mknęli autostradą okrążającą centrum i biegnącą nad zachodnią częścią
śródmieścia. Kristin pędziła sporo ponad dwieście na godzinę, z gracją
wymijając dużo wolniej jadące samochody. Jej pojazd sunął po szosie niczym
morski drapieżnik po dnie oceanu, zgrabny, majestatyczny, od niechcenia
pochłaniał kolejne kilometry. Radio grało cicho jakąś skoczną muzykę z
dużą ilością gitarowych wstawek, chmury nad miastem rozstąpiły się, ukazując
rozgwieżdżone niebo, nie mógł jednak Kraiten dostrzec księżyca, chociaż
instynktownie wyczuwał, gdzie ten się znajduje.
Zauważył też, że Kristin odprężyła się po kilku godzinach bezustannego
skupienia nad kontrolą sytuacji.. Szybka jazda samochodem działała na
nią niczym gorąca kąpiel z bąbelkami..
Kraiten zamyślił się. Na niego szybkość także działała relaksująco.. Za
młodu uwielbiał ścigać się z olbrzymimi wilkami pomiędzy drzewami, omijając
powalone kłody, wiszące tuż przy ziemi konary, leżące w trawie olbrzymie
głazy.. Rzadko kiedy wygrywał, wilki były dużo od niego szybsze w bieganiu,
był jednak bezkonkurencyjny, gdy na trasie pojawiały się skupiska kamieni,
po których należało się wspiąć.. Wtedy nadrabiał straty.. A później..
Później było miasto. Takie jak te. Może tylko nieco ładniejsze, bo odbudowane
po bombardowaniu.. Nie było już wilków.. Nie było w okolicy nawet lasów..
Biegał wówczas po dachach budynków, by oderwać się na chwilę od rzeczywistości,
od obowiązków, od myśli i problemów.. Gdy przeskakiwał z dachu na dach..
pod sobą mając kilkudziesięciometrową przepaść, nad sobą zaś gwiazdy i
radośnie lśniący księżyc.. Wtedy czuł się wolny.. jak ptak..
- ..Otoczony przez policję, ale nikt z zapytanych funkcjonariuszy nie
wie, wynikiem czego była eksplozja, którą słyszeliśmy..
- Słucham? - zapytał. Kristin spojrzała na niego zdziwiona.
- Mówiłaś coś o policji i eksplozji?
- Nie.. Nie ja. To chyba w radiu - odpowiedziała, zwiększając głośność.
Faktycznie, zaprzestano nadawania muzyki, a jakiś reporter pospiesznie
mówił do mikrofonu.
- Kapitanie, czy udało się już wam ustalić, co to była za eksplozja?
- Proszę się stąd odsunąć, staramy się tu pracować! - odpowiedział mu
szorstki głos. W tle słychać było ciche wycie policyjnych syren i wrzawę
ludzkich głosów.
- Proszę państwa, wydaje się, że uciekinierzy zdetonowali w budynku jakąś
bombę. Z niepotwierdzonych informacji wynika, iż wysłana do środka grupa
policjantów znalazła się w zasięgu jej rażenia, są ranni, ktoś ponoć zginął.
Nie wiemy, co dzieje się z zakładnikami, jednakże nie wygląda to wszystko
najlepiej. Za chwilę przekażemy państwu dalsze informacje. Spod sklepu
na rogu Czelseja i Punkarego, w którym rozgorzała prawdziwa wojna, mówił
do państwa Rob Dyltong.
- Daleko to od nas? - zapytał Kraiten.
- Ten sklep? Nie, kilka minut.
- Jedźmy tam, zobaczymy jak to wygląda z bliska.
Kristin skinęła głową na znak zgody i wcisnęła mocniej pedał gazu, a jej
Kamar wyrwał do przodu niczym wypuszczona z łuku strzała. Kraiten spojrzał
na niebo. Wreszcie widać było księżyc.
- Z ostatnich doniesień wynika,
że oddział policjantów wysłany do budynku wpadł w pułapkę zastawioną przez
zbiegów. Chodzą słuchy o kilku zabitych, funkcjonariusz, z którym rozmawialiśmy
przed chwilą, mówił, iż sytuacja nie wygląda wesoło, nie ma jak się dostać
do środka, a na domiar złego zbiegowie wciąż są w posiadaniu co najmniej
trzech zakładników. Przepraszam, kapitanie, czy.. - reporter pobiegł,
by zadać pytanie, tymczasem Kristin właśnie wyhamowała niedaleko tłumu
ludzi obserwującego piętrowy biurowiec jakiejś lokalnej firmy. Kraiten
otworzył drzwi po swojej stronie, nie wyglądało jednak na to, by zamierzał
wysiąść z auta. Kristin spojrzała na niego pytająco, a gdy skinął głową,
wyłączyła silnik.
- I co teraz? Oglądamy przedstawienie? - zapytała.
- Hmm.. Zawsze to jakieś urozmaicenie. Wasze stosunki z policją chyba
nie są najlepsze?
- Czy ja wiem..? Wykonujemy podobną robotę, tyle że my działamy w centrum,
lepiej nam płacą i jesteśmy skuteczniejsi.
- Ha. Jeśli ktoś kiedykolwiek powiedział przy nich podobne słowa, to gliniarze
zastrzelą cię, gdy tylko cię ujrzą - skomentował, wysiadając z auta. Kristin
zamknęła drzwi i ruszyła za nim, włączając alarm i zabezpieczenia auta.
Przecisnęli się jakoś przez tłum gapiów, i stanęli tuż przed policyjną
blokadą. Kilka metrów dalej stało kilka radiowozów, nieliczni policjanci
celowali w okna budynku ze swoich karabinków, o maskę jednego z radiowozów
opierał się natomiast niski, zwalisty mężczyzna z grubymi wąsami, w ręku
zaś trzymał mikrofon radiokomunikatora i żywo z kimś rozprawiał.
- To ten kapitan z radia - powiedziała Kristin, spoglądając na insygnia
widoczne na mundurze policjanta. Kraiten przytaknął, nasłuchując.
- Do diabła, Gregor, wytrzymajcie jeszcze trochę! - krzyczał mężczyzna
do mikrofonu. - Za kilkanaście minut będą tu ludzie z brygady antyterrorystycznej,
ustawimy snajperów na dachach i wyciągniemy was! ...Tak.. Aha.. Bardzo
źle..? ..Musi, nie ma wyboru.. Nie ruszajcie się stamtąd, nie podejdą
do was, nie będą tak ryzykowali..! ..Jeszcze dwóch, tak, wiem..
- Przepraszam, z kim szef tak rozmawia? - zapytał Kraiten stojącego nieopodal
policjanta. Ten odpowiedział, nie odwracając się:
- Z porucznikiem Gregorem. On i kilku chłopaków poszli odbić zakładników,
ale wpadli w pułapkę.. Hej - policjant odwrócił się w końcu - a kim ty
w ogóle jesteś, co?
- Pracuje dla Skytechu - zaryzykował Kraiten. - Zastanawiam się właśnie
czy nie moglibyśmy jakoś pomóc..
- Skytech, co? To nie wasz rewir, czym się przejmujesz?
- Nie jestem na służbie i nie bawi mnie wcale fakt, że twoi koledzy wpadli
w zasadzkę. Kto tam jest w środku?
- Zbiegowie - odpowiedział policjant po chwili milczenia. - Uciekli niedawno
z transportu więziennego, ukradli auto i dojechali aż tutaj.. Zablokowaliśmy
ich, więc wpadli do budynku, porucznik Gregor pobiegł za nimi z kilkoma
osobami.. Tamci zdetonowali jakąś bombę, odcinając naszych na klatce schodowej..
i wzięli zakładników. Na szczęście tylko dwóch, reszta wybiegła już z
budynku.
- Okej, dzięki.. Chodź, Kris.
- Co chcesz zrobić? - zapytała, gdy doszli do samochodu.
- Pomóc im trochę. Nie wytrzymają do przyjazdu antyterrorystycznej.. A
jak snajperzy zajmą pozycję, nie będę już miał jak się tam dostać.
- Dostać..? Chcesz tam wejść? Wokół pełno policji, zdemolowana klatka
schodowa, a ty chcesz ot tak sobie wejść?
- Hej, kotku.. Do waszego biurowca przecież się dostałem, prawda? To tutaj
nie może być trudniejsze.
- Tak, racja.. I wciąż nie powiedziałeś, jak się dostałeś aż do pokoju
mojego wuja.
- I nieprędko powiem. Hm. Jesteś zaradną dziewczynką.. Masz w bagażniku
jakieś ciekawe akcesoria?
Kristin otworzyła bagażnik i uniosła pokrywę niedużej skrzynki.
- Wystarczy? - zapytała, odsuwając się. Kraiten aż gwizdnął z zachwytu.
- Wybierasz się na wojnę? - zapytał, sięgając po rzeczy. Pod kurtkę założył
kamizelkę kuloodporną, zabrał też pistolet i kilka granatów hukowych.
W końcu podał Kristin małą krótkofalówkę.
- Możesz mi to ustawić na częstotliwość na jakiej rozmawiają ci policjanci?
- Oczywiście.
- Hmm.. Prawdziwe cacko - mruknął Kraiten, spoglądając na pistolet. Niezbyt
ciężki, dobrze leżący w dłoni, z masywną lufą i sporego kalibru amunicją..
- Cudo - skomentował, wsuwając magazynek i przeładowując broń. Kristin
podała mu radio.
- A jak chcesz tam wejść?
- Z tej strony - wskazał ręką - jest sporo cienia, nikt mnie nie zauważy.
Z okna tamtego budynku powinienem dostać się na dach, do naszych kłopotliwych
zbiegów.
- Z okna...? Kraiten, przecież te budynki stoją dobre dziesięć metrów
od siebie!
- Nie jest tak źle.. Trochę przesadziłaś. Poza tym, jeśli wyskoczę wystarczająco
wysoko, to jakoś chyba dolecę, co? - posłał jej jeden ze swoich łobuzerskich
uśmieszków i chwilę później zniknął w tłumie. Kristin usiadła w samochodzie
i włączyła nasłuch policyjnej częstotliwości.
Wspiął się o piętro wyżej, niż potrzebował,
wiedział jednak, że Kristin będzie obserwować go przez noktowizor.. Niepostrzeżenie
dostał się na tyły budynku, wymijając gapiów i policjantów. Włamanie się
do biurowca również nie było trudne, teraz pozostało przedostać się na
właściwy dach.
Okna na korytarzu, jak na złość, nie były stworzone z myślą o otwieraniu
ich.. Musiał więc rozbić szybę tuż przy samej podstawie, a następnie stukając
w nią delikatnie kolba pistoletu, powiększył pajęczynę pęknięć. Wtedy
pousuwał co większe kawałki szkła, kładąc je pod ścianą, w końcu zaś zgarnął
ręką resztki szyby do wnętrza budynku. Spadające okno ktoś mógł zauważyć,
taki hałas natomiast z pewnością umknie uwadze nerwowego tłumu poniżej.
Czas uciekał.
Kraiten kucnął na dolnej ramie okna, wyjrzał na zewnątrz, i upewniwszy
się, że ta strona ściany wciąż pogrążona jest w głębokim cieniu - skoczył.
Przez chwilę znowu był ptakiem, szybującym nad ulicami miasta.. Wznoszącym
się ponad to wszystko.. Chwilę potem jednak wylądował miękko na dachu
i ruszył zwinnie, z ptaka zmieniając się w kota, wyruszającego na nocne
łowy..
Ile razy już to robił? Przemykał się nocą pomiędzy strażnikami, alarmami,
by znaleźć poszukiwaną osobę.. Więcej razy niż pamiętał. Więcej, niżby
chciał. Ale jedno musiał przyznać ponurym ludziom, którzy postanowili
zrobić z niego zabójcę - znali się na rzeczy. Aż za dobrze.
Pamiętał, w którym miejscu budynku znajdowały się drzwi i małe okienko
wychodzące na klatkę schodową, jednak o układzie reszty pomieszczeń nie
miał pojęcia. Oczywiście nie było to specjalnym problemem, jednak skoro
miał przyjaciela, który mógł mu takie informacje zdobyć..
Kraiten położył się na dachu. Galaretowata substancja oddzieliła się od
jego dłoni i dziesiątką wąziutkich igieł wbiła w dach biurowca, przenikając
przez szczeliny, sobie tylko znanymi sposobami badając otoczenie. Zbierane
informacje przekazywane były wprost do mózgu Kraitena. Schody. Częściowo
zniszczone. Ściana. Drzwi. Uchylone, za nimi duże, ciepłe istoty - ludzie.
Na schodach, za stertą gruzu, kolejne. Głosy w pomieszczeniu przy ścianie.
Kraiten kucnął. Miał już jako taki obraz sytuacji, pozostało działać.
Symbiot kolejny raz okazał się być bardzo pomocny.
Najpierw zakładnicy. Głupio by było, gdyby zginęli. Skytech utraciłby
nieco swojej reputacji, a w końcu wypadało dbać o wizerunek drużyny, w
której się grało..
Kraiten sięgnął po krótkofalówkę.
- Poruczniku Gregor? Słyszy mnie pan? - w odpowiedzi szum. Po chwili głos.
- Tak, słyszę. Kto mówi?
- Kto do cholery korzysta z tego pasma?! To zastrzeżona częstotliwość!
- wydarł się trzeci głos. Wąsaty kapitan.
- Poruczniku, chciałbym pana o coś prosić. Czy moglibyście ostrzelać przestępców?
Wiem, że ich nie widzicie, ale chodzi mi po prostu o narobienie hałasu
i przyciągnięcie ich uwagi.
- Kazałem wynieść ci się z tej częstotliwości!!! - wrzasnął kapitan.
- Kapitanie, proszę się łaskawie przez chwile nie wtrącać, próbuję pomóc
pańskim ludziom.
- Z kim rozmawiam i dlaczego mamy ściągnąć na siebie uwagę tych gnojków?
Strzelają do nas wystarczająco często, i bez prowokacji - wtrącił Gregor.
- Kraiten, ze Skynet Technologies. Za chwilę będę w budynku. Proszę po
prostu chwilę postrzelać, poruczniku, a wkrótce pańscy towarzysze wyjdą
na zewnątrz.
- Dobrze.. Niech będzie.
- Skynet Technologies?! Po cholerę się wtrącacie w.. - ale Kraiten ściszył
krótkofalówkę, nie słuchając już słów kapitana. Dostrzegł nadjeżdżającą
ulicą furgonetkę brygady antyterrorystycznej. Trzeba było się spieszyć,
zanim postanowią zrównać budynek z ziemią.
- Czekam, poruczniku - powiedział, zawiązując cienką linkę dookoła metalowego
słupka. Szybciej, do diabła..
I wtedy zahuczały pistolety. Kilka na raz, ryknęły dziko, prawdziwa kanonada.
O to chodziło.
Kraiten zeskoczył z dachu, obracając się w powietrzu. Teraz już nie było
szansy, by pozostać niezauważonym, ale nie to się liczyło. Sekundę później
linka napięła się, Kraiten zaś wygiął się w łuk, lecąc ku oknu i na chwilę
przed uderzeniem wyprostował nogi, tłukąc szybę, uginając ręce, by osłonić
twarz przed szkłem. Wpadając do pokoju wiedział już, gdzie kto się znajduje,
symbiot spisywał się znakomicie. Kraiten puścił linę i nie tracąc czasu
na wyjmowanie broni skoczył w stronę stojących pod drzwiami mężczyzn.
Było ich dwóch. Zdezorientowanych, z powodu kanonady ledwo usłyszeli dźwięk
tłuczonej szyby. Odwrócili się, unosząc pistolety, byli jednak za wolni,
dużo za wolni dla mężczyzny, który rzucił się w ich stronę. Nie miał broni.
Tylko ręce. I oczy. Płonące czerwonym blaskiem oczy..
- Jezu! - jęknął bandyta. Były to jego ostatnie słowa, zanim Kraiten wbił
mu chrząstkę nosa w mózg, kończąc jego żywot. Towarzysz bandyty nie zdążył
nic powiedzieć. Kraiten złapał go za dłoń, trzymającą pistolet i złamał
nadgarstek, sięgając jednocześnie drugą dłonią ku głowie mężczyzny. Trzasnął
złamany kark, dwa trupy upadły na ziemię. Minęły niecałe dwie sekundy
od chwili, gdy Kraiten wpadł przez okno do pokoju. Tak, zdecydowanie wytrenowali
go za dobrze..
Przelotnie spojrzał na skulonych w kącie zakładników. Kobieta i mężczyzna,
przerażeni strzelaniną, nawet nie patrzyli. Spojrzą za chwilę. Do końca
życia zastanawiać się będą, co się tutaj wydarzyło.
Kraiten odbezpieczył pistolet, podniósł też upuszczoną przez przestępcę
broń. Zostało trzech, za drzwiami, przy ścianie, odpowiadających na ogień
z dołu. Trzech..
Kraiten otworzył drzwi, uniósł pistolety. Ogień buchnął z obu luf, kule,
niczym wściekłe szerszenie, z sykiem pomknęły ku mężczyznom. Trzech. Jeden.
Zero. Krew trysnęła na ścianę i podłogę, trzy ciała osunęły się na podłogę.
Kraiten schował się za ścianę, pozwalając symbiotowi zbadać pomieszczenia,
upewnić się, że to już wszyscy. O ileż wygodniejsze było to od czasów,
gdy Kraiten sam sprawdzać musiał każde pomieszczenie z osobna.. Z Johnnym,
który osłaniał jego plecy. Scena z przeszłości. Ogień. Krzyk. Johnny brocząc
krwią leży pod ścianą. Nieżywy. Zmasakrowany.
Kraiten potrząsnął głową. Nie czas na to. Przeszłości nie można zmienić.
Uniósł krótkofalówkę.
- Poruczniku? - cisza. Pewnie nie słyszy. - Poruczniku!!
- Tak?! - krzyk. I zagłuszający huk.
- Przestańcie strzelać!!
Minęła chwila, nim się uspokoiło. Z klatki schodowej dobiegły Kraitena
przekleństwa, cichy jęk rannego..
- Już po wszystkim, poruczniku. Proszę nie strzelać, zaraz do was zejdę.
- Jak to po wszystkim? Co się stało?!
- Mówcie, co tam się dzieje?!! - znów głos kapitana. Kraiten wyłączył
krótkofalówkę, i podszedł do podziurawionej kulami ściany.
- Uwaga, wychodzę - krzyknął jeszcze dla pewności. Leżący kilkanaście
minut pod obstrzałem policjanci mogli zbyt nerwowo zareagować na jego
nagłe pojawienie się.
- Tylko powoli! - usłyszał. No właśnie.
Wychylił się z za ściany z uniesionymi rękami, rozejrzał.. Schody prowadzące
z parteru na półpiętro istniały już tylko w szczątkowym stanie. Na półpiętrze
zaś, za stertą gruzu, pochodzącego zapewne ze ściany i sufitu uszkodzonych
przez bombę? Granat? Przez cokolwiek, co zdetonowali zbiegli przestępcy..
Za tym gruzem znajdowali się policjanci. Ledwie widoczni, ale jednak..
Kraiten zastanowił się, jak udało im się przeżyć tutaj tak długo.
- Poruczniku? - zapytał, schodząc w dół schodami. Ta część nie była zbyt
poważnie uszkodzona. Zza gruzu podniósł się szczupły mężczyzna, na oko
około trzydziestu kilku lat.. Nieduży wąsik, zgrabna bródka, na pierwszy
rzut oka sprawiał wrażenie sympatycznego człowieka.. Miał w oczach coś,
co mówiło, że można go polubić.. Kraiten widywał już takie oczy. Wiele
jego ofiar takie miało.
- Jestem Kraiten. Ze Skytechu. Ścigani przez pana przestępcy nie żyją,
zakładnicy są w szoku, ale nienaruszeni.
- ...Jak?!! - zdziwienie malujące się na twarzy porucznika było aż nazbyt
widoczne.
- Proszę lepiej poprosić swoich kolegów o pomoc.. Wydostanie stąd rannych,
kiedy brak połowy schodów, nie będzie zbyt łatwe.
Gordon przypatrywał się Kraitenowi jeszcze przez chwilę. Oceniał go, usiłując
wyobrazić sobie, co stało się na górze.. W końcu ich spojrzenia spotkały
się. Przez krótki moment. I porucznik uśmiechnął się z ulgą, jakby dopiero
teraz dotarło do niego, że już są bezpieczni - on i jego ludzie.
- Dziękuję - powiedział, po czym złapał za radio i zakomunikował o opanowaniu
sytuacji.
Na zewnątrz, przed budynkiem, jego szef usłyszał wiadomość i zdziwiony
usiadł w radiowozie, drapiąc się po dwudniowym zaroście..
|
|