|
|
27. Agenci
- Grzanki już są, za chwilę będzie herbata.
- Ted, posłuchaj tego.
- Już, chwilkę.. Możesz zgłośnić?
- Ale pochmurnie dzisiaj.. A miało być słońce..
Kropla wody trafiła w jego kark. Ześliznęła się kilka centymetrów, nim
zdołała wyhamować, lecz już po chwili rozpoczęła wędrówkę wzdłuż jego
kręgosłupa, między łopatkami, przez krzyż, aż do pośladków, gdzie skręciła
nagle w stronę lewej nogi. Pomknęła w dół nogi, po udzie, do łydki, by
w końcu spaść na białe kafelki i zniknąć w czeluściach niewielkiej kratki
odprowadzającej wodę.. Podobną wędrówkę rozpoczynały i kończyły właśnie
setki innych małych kropli, z impetem wyskakujących z prysznica i radośnie
ścigających się po namydlonym ciele Kraitena..
Kilka minut później przyjemnie zrelaksowany, odświeżony i pachnący delikatnym
mydłem w płynie Kraiten wyszedł z łazienki, kończąc właśnie wycierać swoje
włosy.
- Mmm.. Co tak ładnie pachnie?
- Moje grzanki - uśmiechnął się triumfująco Darrce.
- Wystarczy i dla mnie?
- Oczywiście.
- Ha! Właśnie skończyli mówić o wczorajszym zamieszaniu w centrum handlowym
- wtrącił Kremer.
- Zamieszaniu?
- Trochę dymu, jakiś huk, dziwnie to wyglądało.. Przed chwilą powiedzieli,
że to przypadkowe zaprószenie ognia w magazynie z fajerwerkami.
- Heh.. Widzę, że z nudów zwiedzacie kolejne sklepy..
- Nieprawda. Poszliśmy tam uczcić wczorajsze podpisanie kontraktu - oświadczył
Darrce.
- O, już? Czyli dopiąłeś swego?
- Pewnie - rozpromienił się Maks. - Także możemy niedługo wracać do domu
i zacząć zarabiać pieniążki.
- Co prowadzi do kolejnego pytania: jak twoje wyprawy z detektywem Milesem?
- Pozytywnie. Teraz to może być wprawdzie kwestia kilku dni.. ale też
może się okazać, że dzisiaj wszystko się zakończy. Jakkolwiek bądź, niedługo
wracamy.
- Dzień dobry - przywitała się Kristin, wychodząc z sypialni. Towarzystwo
powitało ją radośnie. Darrce podsunął jej talerz z grzankami, zaraz jednak
dołączył do Kremera i obaj skupili się na nadawanych właśnie w telewizji
wiadomościach. Kristin zaś skorzystała z okazji, by zaczepić Kraitena.
- I jak samopoczucie dzisiaj..?
- Dużo lepiej. Rozmowa z tobą i nocna wycieczka pomogły - uśmiechnął się
do niej Kraiten. - Słyszałem, że mieliście wczoraj owocny dzień.
- Hah, żałuj, że tego nie widziałeś.. Maks cieszył się jak dziecko, wujowi
się też udzieliło.. i pobiegli do kawiarni na desery z bitej śmietany.
Żeby uczcić.. Naprawdę, jak małe dzieci.
- Lepsze to, niż gdyby poszli się z radości upić.
- Fakt. Masz już jakieś plany na dzisiejszy dzień?
- Nie, jeszcze nie.
- Pójdziemy gdzieś?
- Hmm.. Możemy iść.. Znowu na zakupy?
- Pewnie, w końcu niedługo wyjeżdżamy, trzeba zadbać o zwielokrotnienie
wielkości naszego bagażu - roześmiała się Kristin. - Wujku, pójdziecie
z nami na zakupy? Czy świętujecie dzisiaj w domu?
- Hm.. Maks?
- Idziemy, pewnie. Nie będziemy siedzieć przed telewizorem, w końcu to
ostatnie dni mojego "urlopu".
- No to idziemy z wami.
- Świetnie. Wezmę tylko szybki prysznic i możemy iść.
- Szybki prysznic? - zapytał Kraiten. - Czyli wychodzimy najwcześniej
za dwie godziny..
- Założysz się?
Miała racę. Opuścili hotel niecałą godzinę później.
- Myślisz, że to by mu się spodobało?
- Heh.. Jakoś nie mogę wykombinować co twój wuj miałby robić z metalową
statuetką zebry.. Postawi ją sobie w biurze i będzie ją głaskał podczas
rozmów z interesantami?
- Głupiś. Przecież to wygląda ekstra, ubarwiłoby jego gabinet..
- To może już lepiej tę panterę? W przeciwieństwie do zebry, ona ma już
charakter..
- Co ci się nie podoba w zebrach?
- A co mi się ma podobać? Kopyta i paski? Zwierze jak zwierze.. A koty
lubię.
- Ech.. Przepraszam, a ile kosztuje ta statuetka pantery?
- Dzień dobry, pan Chamberline?
Kristin i Kraiten odwrócili się, zaskoczeni. Tuż za nimi stanęli dwaj
policjanci, w ciemnoniebieskich mundurach miejscowych patroli. Kraiten
pytająco uniósł brwi.
- Policja - młodszy rozłożył swoją legitymację i trzymał ją tak przez
chwilę, by dać czas cudzoziemcom na przyjrzenie się jej. - Chcielibyśmy
prosić pana o udanie się z nami.
- Dokąd?
- Jest tutaj pewien wysoki rangą funkcjonariusz, który chciałby z panem
pomówić - oznajmił starszy z policjantów.
- Z dala od wścibskich uszu - wtrącił młodszy, za co został zganiony wzrokiem
przez swojego towarzysza.
- Hmm.. Czy ja wiem..?
- Wolelibyśmy uniknąć aresztowania pana i doprowadzenia w kajdankach.
- Pod jakim zarzutem?! To bezprawie! - wściekła się Kristin.
- Chciałbym zauważyć, że nie jesteście państwo u siebie - spokojnie oznajmił
starszy policjant.
- Kris.. Kup tę panterę.. I idź do Darrcego. Za chwilę wrócę.
- Ale.. No dobrze. Tylko nie przesadzaj, mieliśmy jeszcze iść do lunaparku.
- Wiem - uśmiechnął się do niej Kraiten, po czym zwrócił się znowu do
policjantów: - Prowadźcie, panowie.
- Oczywiście.
Wydostali się z tłumu oczekujących w kolejce i oglądających wystawione
na sprzedaż rzeczy klientów, minęli kilka sklepowych witryn, migoczących
dziesiątkami światełek neonowych reklam, aż w końcu doszli do prowadzących
na zaplecze drzwi. Młodszy z policjantów otworzył je, po czym wszedł do
środka, starszy zaś przepuścił Kraitena, po czym podążył za nim, zamykając
drzwi.
W środku znajdowała się cała masa kartonowych pudeł, zarówno pustych,
jak i tych wciąż wypełnionych nieznanymi towarami. Większość z nich po
prostu leżała na ziemi, kilka zaledwie znajdowało się na półkach stojących
pod ścianą metalowych stojaków. Przy jednej z tychże półek stał nieduży,
składany stolik, obok niego zaś dwa krzesła. Mężczyzna siedzący na jednym
z nich wstał, gdy tylko Kraiten wszedł do pomieszczenia. Towarzyszący
mu ludzie natomiast ani drgnęli - obaj w długich, nieprzemakalnych, stalowoszarych
płaszczach, stali z założonymi z tyłu rękoma, na lekko rozstawionych nogach.
Jak komandosi na apelu.
- Panie pułkowniku, to on - zameldował młodszy policjant, salutując. Pułkownik
skinął głową.
- Dziękuję. Możecie wrócić do swoich obowiązków - powiedział.
Policjancie wahali się przez chwilę, jakby żałując, że nie poznają dalszego
ciągu niecodziennej sytuacji, jednak zasalutowali posłusznie i opuścili
pokój.
- Panie Chamberline, jestem pułkownik Conan Krissbe i mam nadzieję, że
poświęci mi pan odrobinę swojego czasu. Proszę, niech pan siada.
Krissbe wyglądał i zachowywał się dokładnie tak, jak powinien wyglądać
i zachowywać się rasowy pułkownik. Wysoki, postawny, szeroki w ramionach,
z krótkimi włosami i ogorzałą od słońca i wiatru twarzą, miał spokojny,
rzeczowy głos, skupiony wyraz twarzy i otaczała go niemal namacalna aura
powagi.
- Wojskowy? Jednostka specjalna? - zapytał Kraiten.
- Dlaczego pan tak sądzi?
- Ponieważ pułkownicy innych formacji albo zajmują się wyłącznie papierkową
robotą, albo są zbyt ważni, by mieć czas na spotykanie się z cywilami.
Zwłaszcza na terenie supermarketów - Kraiten usiadł przy stole.
- Nie do końca ma pan rację, ale pański strzał okazał się trafny - dowodzę
jednostką specjalną zajmującą się szczególnymi przypadkami niebezpieczeństw.
- To znaczy?
Krissbe milczał przez chwilę, a następnie zapytał, ignorując pytanie Kraitena:
- Panie Chamberline, interesuje mnie osoba detektywa Kenta Milesa. Ze
zdziwieniem jednak stwierdziłem po przybyciu tutaj, iż pomaga mu obcokrajowiec.
Zanim jednak uznam pana za jego wspólnika, chciałbym zapytać: co tak naprawdę
łączy pana i detektywa Milesa?
- Obiecałem pomóc mu w pewnej sprawie przed moim wyjazdem. Dlaczego interesuje
pana detektyw Miles?
- Dlaczego? Cóż, powód jest bardzo prosty. Jak pan wie, Kent Miles nie
jest zwykłym policjantem.
- Fakt, jest dużo zdolniejszy od zwykłego gliny.
- ..Nie o tym mówiłem. Chodziło mi raczej o jego pochodzenie.
- ..Również jest obcokrajowcem? O, tego mi nie powiedział..
- Nie, nie jest obco.. Chociaż może jest, tego nie wiemy. Chodziło mi
raczej o to.. - Krissbe zatrzymał się przy stole i oparł o niego obiema
rękoma, ściszając głos - ..że detektyw Kent Miles nie jest człowiekiem.
- O mój boże.. - Kraiten również konspiracyjnie ściszył głos. - Więc on
jest.. kosmitą?!
- Nie! - Krissbe huknął pięścią w stół, prostując się wściekle. Jego dwaj
towarzysze ruszyli z miejsc, ale powstrzymał ich skinieniem dłoni. - Panie
Chamberline, mogę nie tylko załadować pański żałosny tyłek na samolot
i odesłać jeszcze dziś do tych cholernych Stanów, mogę także zadbać o
to, by przez długi czas nie zobaczył pan tego swojego domu! A warunki,
w jakich spędzi pan ten przymusowy urlop, z pewnością dalekie będą od
warunków hotelu, w którym pan teraz mieszka! Proszę więc nie szkodzić
samemu sobie i nie bawić się w głupie żarty!
- Do czego pan zmierza, pułkowniku? - zapytał z niezmąconym spokojem Kraiten.
- Kent Miles jest wampirem. Żywi się ludzką krwią. Wychodzi z domu jedynie
po zmroku. A zadaniem moim i mojej jednostki jest strzec obywateli przed
takimi jak on!
Kraiten patrzył mu prosto w oczy, nie odzywał się jednak ani słowem. Krissbe,
nie doczekawszy się żadnej reakcji, zaczął mówić dalej:
- Sądziłem z początku, iż także jesteś wampirem. Teraz już wiem, że tak
nie jest, ale cholernie mnie intryguje, dlaczego pomagasz Milesowi?
- ..A co się stało z panem? - zapytał Kraiten.
- ..Słucham?
- Nagle przestał się pan do mnie zwracać per "pan".
- ..
Krissbe zacisnął i rozluźnił pięści, tłumiąc narastającą złość. Sięgnął
po krzesło i usiadł naprzeciwko Kraitena.
- Ile ci zapłacił?
- Hm?
- Słuchaj. Przyjechałem tutaj, by zająć się sprawą "Pana B.",
o którym ostatnio coraz częściej słyszałem. Zaintrygowało mnie to, że
prawie w każdym raporcie dotyczącym tej postaci występowało nazwisko detektywa
Milesa. Pierwszy znalazł, pierwszy przybył, tu napisał raport, tam podpisał
się jako jeden z będących na miejscu zdarzenia.. Ze zdumieniem odkryłem,
iż ten cały Miles nie jest człowiekiem. I wtedy wszystko stało się jasne
- wszelkie doniesienia o porywanych dla Pana B. dzieciach i młodych kobietach,
o dziwnie osuszonych z krwi ciałach, o krwawych śladach znalezionych w
magazynie, w którym przez pewien czas urzędował.. Jako Pan B. żeruje na
niewinnych obywatelach, zaspokajając swoje chore żądze, a jako detektyw
Miles zapewnia sobie spokój i napływ informacji o planowanych nalotach
i zasadzkach. Zapewne także kupił sobie kilka osób na komendzie, dzięki
czemu może pracować jako glina i nie odpowiadać na krępujące pytania.
I mam zamiar udupić go na dobre, rozumiemy się? A ty możesz być głupi
i pójść z nim na dno.. Albo być mądrym, pomóc mi, i wrócić sobie spokojnie
do domku. Więc słucham, co masz mi do powiedzenia?
- ..Dlaczego powiedział mi pan, że Miles jest wampirem? Większość ludzi
zareagowałaby w tym momencie kpiącym śmiechem.
- Gdybyś tak zareagował, powiedziałbym, że jest wampirem, bo żeruje na
bezbronnych. Zrobiłbym z tego przenośnię. Nie mam zamiaru rozgłaszać wszem
i wobec, że po świecie chodzą wampiry. Obywatele mają dość zmartwień i
bez tego. Ale zakładałem, że wspólnicy Milesa wiedzą, kim jest, i proszę
- nie myliłem się.
- Ależ myli się pan i to znacznie.
- W czym niby?!
- Miles jest wampirem. To fakt. Pan B. jest wampirem - to także fakt.
Jednakże detektyw Miles nie jest Panem B. Wręcz przeciwnie, jest sumiennym
policjantem, który poprosił mnie o pomoc w rozwiązaniu problemu Pana B.
- Co..?! Ależ to.. niedorzeczne! Drugi wampir?! To już przesada! Słuchaj,
Chamberline, jeśli nie zaczniesz..
- Nie, niech pan mnie posłucha, pułkowniku. Pan i Kent Miles macie ten
sam cel - uwolnić obywateli od Pana B. Goniąc za Milesem, jedynie oddaje
pan przysługę prawdziwemu Panu B.
- Nawet jeśli mówisz prawdę, to Miles jest wampirem! Nie można pozwolić
mu chodzić wśród ludzi!
- A dalej? Ten tam jest czarnoskóry, nie można pozwolić mu na chodzenie
ulicami? A ten ma skośne oczy, nie wolno mu jeść europejskiego jedzenia?
A facetom w beżowych spodniach nie wolno chodzić ulicami w piątki?
- On żywi się krwią!
- Aborygeni żywią się korą i robakami. Azjaci surowymi rybami. Nawet tutaj
podaje się w restauracji surowe mięso!
- Ale my nie jemy ludzi!
- Nasi przodkowie to robili. Dawno, dawno temu. Pułkowniku, ja nie lubię
wampirów. Spotkałem już kilka z nich i raczej ciężko powiedzieć mi, bym
miał powodu ich lubić. Ale oni nie są krwiożerczymi bestiami, za jakie
ich pan uważa. To samotnicy, żyjący w swoim własnym świecie, patrzący
na ludzi jakby z boku, czasami gardząc nimi, a czasem im zazdroszcząc.
Owszem, zdarzają się wśród nich degeneraci. Jak Pan B. Ale wśród ludzi
również się zdarzają czarne owce. Na te setki czy tysiące napadów, pobić
i morderstw znajdzie pan może jedno - dwa, których sprawcą był wampir.
Niech nam pan da trzy dni. Jesteśmy bliscy znalezienia kryjówki Pana B.
W ciągu trzech dni dostanie go pan na srebrnej tacy. Albo znajdzie pan
i zabije Milesa, wróci szczęśliwy do domu, a tutaj wciąż będą porywane
dzieci na przekąski dla prawdziwego degenerata.
To wszystko, co miałem do powiedzenia - Kraiten wstał i ruszył w stronę
wyjścia. Nawet się nie zdziwił, kiedy dwaj ukryci pod kartonami mężczyźni
wstali, zrzucając z siebie pudła i zastąpili mu drogę.
- Przemyślę to, co pan powiedział, Chamberline. Tymczasem, jest pan aresztowany
- oznajmił mu pułkownik.
- Obawiam się, że nie mogę na to pozwolić. Mam już plany na dzisiejszy
wieczór.
- Tak? Cóż, będzie pan musiał zmienić plany. Aresztujcie go.
Kraiten stał spokojnie, w czasie gdy czterej mężczyźni w stalowoszarych
płaszczach otoczyło go i przygotowało się do natarcia. Wtedy też symbiot
przekazał mu interesującą informację - w ciałach mężczyzn znajdowało się
sporo metalowych części. Przypuszczalnie wyszkoleni komandosi, wspomagani
cybernetycznie.. Zapowiadało się interesująco.
I niebezpiecznie.
|
|