|
|
28. Porozumienie
- Coś długo go nie ma..
- Zauważyłeś kogoś, kto by nas obserwował?
- Nie, nikogo.. Chyba byli zainteresowani tylko Kraitenem.
- Nami, staruszkami, nikt już się nie interesuje..
- Za długo. Idę tam.
- Gdzie?! Przecież nie wiesz, gdzie jest.
- Wiem, na zaplecze jakiego sklepu go zabrali. Muszę iść, wujku, mam złe
przeczucia.. Poradzicie sobie?
- Oczywiście. Będziemy tutaj czekali, ewentualnie spotkamy się znowu na
budowie.
- Dobrze - Kristin skinęła głową i szybkim krokiem udała się w stronę
kas. Dla bezpieczeństwa ona, Darrce i Kremer kręcili się w kółko na jednym
z większych stoisk, czując się pewniej wśród ludzi. Teraz jednak musiała
opuścić sklep i dotrzeć do pasażu, przy którym znajdowała się budka ze
statuetkami i inne sklepy.
- O, przepraszam bardzo, zagapiłam się - uśmiechnęła się promiennie do
policjanta, na którego przed chwilą wpadła.
- Ależ, nic się nie stało - wydukał tenże, wlepiając w nią spojrzenie.
- Naprawdę nic..
Kolega szturchnął go, śmiejąc się nieco rubasznie, ale Kristin już była
zbyt daleko, by usłyszeć jakikolwiek komentarz. Widziała już drzwi, prowadzące
na zaplecze, za którymi zniknął wcześniej Kraiten wraz z eskortującymi
do mężczyznami. Zacisnęła mocniej dłoń na kolbie skradzionego przed chwilą
policjantowi pistoletu.
 Kraiten stał pod ścianą, łapiąc oddech.
Jak się już zdążył przekonać, jego przeciwnicy byli doskonale wyszkoleni.
Nie tylko w walce wręcz, ale i we wspólpracowaniu ze sobą. Atakowali zarówno
na zmianę, jak i dwójkami, nie wchodząc sobie w drogę, za to skutecznie
się wspierając. Cholernie szybcy, zwinni i silni, zapewne dzięki cybernetycznemu
wspomaganiu, pojedynczo stanowili nie lada wyzwanie. W czwórkę tworzyli
niepowstrzymaną wręcz siłę.
Jakież więc było zdziwienie zarówno ich, jak i przypatrującemu się walce
Krissbemu, kiedy w ciągu pierwszych kilkunastu sekund pojedynku Kraiten
powalił ich kolejno na ziemię.. Szybko jednak zerwali się na nogi i wyzbywszy
się wręcz aroganckiej pewności siebie, ostrożniej i z rozwagą przystąpili
do dalszej potyczki.
Ich wyszkolenie i przewaga liczebna stanowiły dwa naprawdę mocne atuty,
a jednak walka trwała już o wiele dłużej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
I wciąż nie wyłoniono zwycięzcy, chociaż Kraiten zepchnięty został do
ofensywy i oddychał teraz ciężko, w czasie gdy mężczyźni w stalowoszarych
płaszczach przegrupowali się i powoli zbliżali się do niego. Już na początku
walki zorientował się, że w ten sposób owej czwórki nie pokona.. Dwa razy
próbował więc przebić się przez nich i wymknąć się z pomieszczenia.. ale
i ten pomysł okazał się niewykonalny.
Potrzebował nowego planu. I to jak najszybciej..
Chwila przerwy się skończyła wraz z nagłym atakiem jednego z Szarych Płaszczy,
jak w myślach nazwał ich Kraiten. Z krótkim okrzykiem rzucił się do przodu
w markowanym ataku, zrobił zwód i umknął w bok, robiąc miejsce dla swojego
kolegi. Kraiten jednak czekał już na niego, zablokował kopnięcie i niemal
natychmiast uderzył płasko dłonią w mostek tamtego. Mężczyzna poszybował
w powietrzu i uderzył w stalową półkę po czym padł na ziemię, spazmatycznie
łapiąc powietrze. Z ponurym, metalicznym jękiem satysfakcji półka upadła
na niego, przysypując go dodatkowo leżącymi na niej wcześniej kartonami.
Walka jednak trwała dalej, Kraiten ledwo nadążał z unikaniem niezwykle
precyzyjnych ciosów wyprowadzanych na raz przez trzy osoby, ciężko więc
było mu nawet pomyśleć o jakimś kontrataku. W końcu dosięgło go kopnięcie,
jedno, za chwilę drugie, potem trzecie i źle zablokowane czwarte. Przygnieciony
przez półkę mężczyzna zaczął się już spod niej wygrzebywać.
- Dość tego, kończcie to! - krzyknął równie zirytowany, co i zdziwiony
Krissbe.
Jego podwładni, jak na komendę, cofnęli się, sięgając po schowaną pod
płaszczami broń. Kraiten skoczył w ich stronę, otworzyły się kopnięte
gwałtownie drzwi, Kraiten szarpnął wściekle rękę jednego z Szarych Płaszczy,
wykręcając ją i przykładając mu do głowy jego własny pistolet, trzy inne
lufy w tej samej chwili zostały wycelowane w jego osobę.
- Nie ruszać się, gnoje! - krzyknęła Kristin, mierząc tuż poniżej szyi
Krissbego. Kraiten trzymał w stalowym uścisku mężczyznę, boleśnie wbijając
mu w ucho lufę jego własnej, wciąż zresztą przez niego trzymanej broni.
Pozostała trójka Szarych Płaszczy stała dookoła Kraitena, niemal dotykając
go czubkami skierowanych w jego stronę pistoletów.
Sytuacja zrobiła się tak niejasna, że wszyscy zastygli w bezruchu.
- ..Jeżeli ktoś kichnie, będzie masakra..
- podsumował Kraiten.
- Kim ty do cholery jesteś?! - zapytał Krissbe. - I kto cię tak wyszkolił?!
W życiu nie widziałem czegoś podobnego..
- Nie jestem głupcem, za którego mógł mnie pan wcześniej uważać, pułkowniku.
I mam jeszcze jednego asa w rękawie.. czy też w dłoni, by być bardziej
precyzyjnym.
Ciche "biiip!" rozległo się trzymanego przez Kraitena przedmiotu.
Otaczający go mężczyźni drgnęli nerwowo, trzymany zaś przez niego człowiek
jęknął cicho. Kraiten bardzo, bardzo powolnym ruchem uniósł dłoń, pozwalając
innym zobaczyć trzymany przez niego, błyszczący czerwonym światełkiem
granat rozrywający.
- Pańscy ludzie noszą ze sobą bardzo ciekawe zabawki, pułkowniku.. Kris,
wyjdź.
Kristin w oka mgnieniu wycofała się z pokoju. Nim zdążyli i ją wziąć na
muszkę. Nawet w takim momencie Kraiten potrafił zapanować nad sytuacją
i zapewnić sobie przewagę.. Jak on to robił?!
Im dłużej go znała, tym większym darzyła go szacunkiem.. i tym więcej
pytań dotyczących jego osoby powstawało w jej myślach.
Tymczasem wycofała się już ze sklepu i zajęła dogodną pozycję za automatem
z popcornem, gotowa w razie czego osłaniać stąd wychodzącego - wybiegającego?
- z zaplecza Kraitena.
- Szlag.. - warknął Krissbe, wściekły i zaskoczony jednocześnie. - Opuście
broń - polecił swoim ludziom, a oni natychmiast cofnęli się o kilka kroków,
przestając mierzyć w Kraitena.
- Nie jestem pana wrogiem, pułkowniku. I wracam do tego, o co już prosiłem.
Trzy dni. Trzy dni na definitywne załatwienie sprawy Pana B.
- Hmm.. No dobrze. Po tym, co tutaj pokazałeś, nie wiem już doprawdy,
co o tobie sądzić.. Byłem przekonany, że moi chłopcy są niepokonani.
- Nikt nie jest niepokonany, pułkowniku.
- Trzy dni, i ani dnia dłużej, rozumiemy się? Jeśli do tego czasu nie
dostanę dowodów na faktyczne istnienie drugiego wampira, i ty i Miles
będziecie mieli kłopoty.
- Zgoda - Kraiten puścił trzymanego mężczyznę, ten jednak nie upadł na
ziemię, jak można było by oczekiwać, tylko zręcznie odepchnął się ręką
i momentalnie znalazł się poza zasięgiem Kraitena. Wtedy dopiero wyprostował
się i otrzepał z kurzu. - Może się okazać, że zgłoszę się do pana, gdy
już Miles odnajdzie kryjówkę Pana B. Możemy potrzebować wsparcia.. Co
mi przypomina. Pułkowniku, chciałbym prosić pana o drobną przysługę.
- ..? - Krissbe pytająco uniósł brwi. Kraiten zabezpieczył granat i położył
go na stole, zupełnie już nieszkodliwy.
- Boję się, że gdy będziemy już blisko, Pan B. dowie się o mnie i spróbuje
sięgnąć po moich towarzyszy.. Czy mógłby pan oddelegować kogoś od siebie,
by w nierzucający się w oczy sposób pilnował ich - i w razie czego pomógł
im?
- ..Pół godziny temu byłem gotów posłać cię do diabła razem z Kentem Milesem..
Kilka minut temu miałem zamiar cię aresztować. A teraz prosisz mnie o
chronienie twoich znajomych..? Musisz być chyba szalony..
- Teraz, gdy już wiem, jak dobrzy są pańscy ludzie, nie powierzyłbym tego
nikomu innemu. W tym mieście trzyma nas ten sam cel, traktuję więc pana
jak sojusznika.. I nie gniewam się o to małe nieporozumienie sprzed kilku
chwil.
- Nie gnie.. A by cię cholera! Ty się na nas nie gniewasz?! Zjeżdżaj stąd,
zanim zmienię zdanie i jednak zakuję cię w kajdanki! I pamiętaj - masz
góra trzy dni. A twoich znajomych i tak miałem zamiar kazać obserwować.
- Dziękuję, pułkowniku - odpowiedział Kraiten i wyszedł.
- Kolejne problemy? - zapytała Kristin, gdy wracali po Darrcego i Kremera.
- Nie.. Już nie. Pułkownik zgodził się nawet zorganizować wam jakąś ochronę.
Będą was pilnowali w czasie, gdy mnie nie będzie..
- Faktycznie możemy mieć kłopoty?
- Mam nadzieję, że załatwimy z Milesem sprawy, zanim się zaczną robić
kłopotliwe.. Ale lepiej zawczasu się zabezpieczyć, niż później obudzić
się z ręką w nocniku.
- Poczekaj, pozbędę się gnata..
- Nie, zostaw. I tak już stąd wychodzimy, a może ci się jeszcze przydać.
- No dobrze..
- Tak przy okazji, skąd się wzięłaś na zapleczu? Miałaś pilnować naszych
podopiecznych..
- Zostawiłam ich w bezpiecznym miejscu i poszłam sprawdzić, czy się dobrze
bawisz.. Martwiłam się po prostu.
- Dziękuję.
- Pojawił się już?
- Nie.. Jak na razie nie. Niezły klub.. Kręci się tam trochę ludzi, których
znam z kartotek policyjnych i listów gończych.. Trzeba będzie kiedyś tu
zajrzeć.
- Możesz nie mieć możliwości.. Widziałem się dzisiaj z pułkownikiem Krissbe
i jego chłopcami..
- Krissbe?!! - Miles gwałtownie odwrócił oczy od lornetki i spojrzał na
Kraitena. - Jest w mieście?! Jezu.. Czego chciał od ciebie?
- Żebym mu ciebie wystawił. Kto to w ogóle jest?
- Były komandos.. Szef grupy operacyjnej rządowej agencji do spraw "nieludzi"..
To nieoficjalna nazwa. Oficjalnej nikt nie zna. Krissbe na każde żądanie
ma wsparcie policji, od biedy również i wojska.. Wykończył już co najmniej
kilka wampirów.. To znaczy o kilku JA słyszałem. A ile ich było, nie mam
pojęcia..
- Tylko na wampiry poluje?
- Nie.. Słyszałem, że we Francji upolował ze swoimi ludźmi kilka wilkołaków..
Jeździ po kraju i wykańcza wszystkich, którzy zdaniem jego agencji są
"zagrożeniem dla normalnych ludzi.." Jak jakiś pieprzony inkwizytor
w czasach średniowiecza, polujący na czarownice..
- Ech.. "Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją.. A czego się
boją - to niszczą".
- Przyjechał tu po mnie, prawda?
- I tak i nie.. Przyjechał tutaj w sprawie Pana B.. Jednak aż do rozmowy
ze mną uważał, że ty i on to ta sama osoba..
- To chyba niewiele zmienia, prawda? I tak wie, kim jestem.. Będzie chciał
mnie zabić.
- ..Nie jest to wykluczone.. Chociaż, póki co, zawiesił wyrok. Musiał
chyba być zszokowany tym, że nie jesteś Panem B.. Mamy trzy dni czasu,
żeby dostarczyć mu dowody na to, że Pan B. jest, a najlepiej, że BYŁ,
zupełnie inną niż ty osobą.
- Tylko trzy dni..?
- Nie. Maksimum dwa. Musisz mieć co najmniej jeden dzień na zorganizowanie
sobie "zniknięcia".. Ponieważ nie mogę zagwarantować, że po
załatwieniu tamtego, Krissbe nie postanowi wykończyć i ciebie.
- Zniknąć? Niby jak? Gdzie?
- Inne miasto.. Tutaj jesteś już spalony.
- Ech..
- Nie echaj. Znajdźmy drania, zorganizujemy ci zniknięcie, a Krissbemu
zostawimy zadanie pozbycia się Pana B.
- Nie.. Nie możemy. Muszę sam to załatwić. Muszę z nim stanąć twarzą w
twarz.
- ..? A to dlaczego?
- Usłyszałem coś.. niepokojącego.. od przyjaciółki.. Muszę to sprawdzić.
Zobaczyć go.
- Znacie się.
- Jest to.. możliwe.
- Aha. Cóż.. W takim razie załatwmy to jak najszybciej. Słuchaj, czym
jeździ Handerss?
- Szarym mercedesem.
- Takim jak ten?
Miles spojrzał we wskazanym kierunku.
- Tak, właśnie w takim.. Chwila.. - podniósł do oczu lornetkę, przez moment
przyglądał się.. po czym zerwał się gwałtownie, chowając lornetkę do torby.
- To on. Idziemy.
|
|